Salma przyszła do mnie po wielu miesiącach klasycznej terapii. Pracowała nad relacjami z rodzicami – toksycznymi, duszącymi, wymagającymi od niej ciągłego wchodzenia w narzuconą rolę. Była niesamowicie wrażliwa, artystyczna, pełna prawdziwego talentu, lecz wzorce rodowe zamknęły ją w zimnie, intelekcie i ostrej ocenie. Ciało od lat mówiło własnym językiem: chroniczne „choroby”, uczulenia, problemy, które nie chciały ustąpić.
Klasyczna praca przygotowała ją solidnie. Rozgrzebała rany, odsłoniła mechanizmy, pokazała, gdzie są korzenie. Pracowaliśmy też kilka razy na żywo, więc znałem dokładnie jej system obronny – każdy mur, każdą zasłonę, każdy odruch ucieczki w intelekt. A potem stało się coś, czego nie da się przewidzieć. Cały zamek, który budowała przez całe życie – dosłownie runął. W jednej chwili. Wszystkie ściany, które tak starannie wznosiła, zawaliły się z hukiem. I wtedy zrozumiałem na nowo:
Sama terapia klasyczna nie zagoi wszystkich ran. Rozgrzebie je, naświetli, nazwie – ale nie zawsze potrafi uleczyć do końca. Sama praca duchowa też nie dotknie wielu spraw – rodzinnych, rodowych, tych najgłębszych, zapisanych w ciele i w duszy.
Trzeba umieć łączyć jedno z drugim. Przeplatać je z szacunkiem. Nie popychać. Nie forsować. Pozwolić, żeby proces sam się toczył – jak taniec. Bo praca z człowiekiem to nie technika. To sztuka. To taniec. I właśnie do tego tańca Cię zapraszam.
Początek
Salma: No, jest bardzo ciężko, grypa mnie jeszcze trzyma. Plus, wiadomo, powroty do domu zawsze trudne.
Nikodem: Dziwny odczyt. To jeszcze dusza.

I. Ciało fizyczne – roztrzęsione, aktywny konflikt.
II. Ciało eteryczne – słabe, brak energii, otwarte, rozdygotane.
III. Ciało astralne – podobnie, ale to już nie choroba, a emocje.
IV. Ciało mentalne – w porządku.
Na dole dusza, też trochę ma. Może od góry pójdziemy w dół, czyli od duszy.
Salma: Tak, bo to już jest roztrzęsienie, panika, że znowu coś i że to się nie skończy, i po co to wszystko.
Nikodem:
Ja: Część, duszo. Mój odczyt [subtelnie podaję].
DS: Ciężkie, zatrzymanie w miejscu, zapieczętowanie.
Ja: Ale to też rozwala, rozpuszcza, rozrzedza. Zbadam. Czemu to trzymasz?
DS: Muszę, taka karma, taki los.
Ja: Za co?
DS: Za wszystko… pozostałe. [prawie płacze]
Ja: Kiedy powiesz „dość” i wybaczysz sobie?
DS: Jak?
Ja: Bo ciało przyczynowe (I) to karma. Widać. Natomiast u ciebie – emocje (ciało atmaniczne)
DS: No tak.
Ja: Więc… Przedstaw to przed sobą, te problemy i wyzwania, w formie istot, ludzi.
DS: OK.
Ja: Teraz – co każdy mówi do ciebie?
DS: Jestem winna. Jestem dłużna.
Ja: A teraz powiedz im: „Oddaję wam wasze, szacunek, ale nie biorę waszych emocji do siebie” (wyciągnij ich z siebie).
DS: OK.
Ja: Teraz wycofuję swoje emocje – z was, wasze żale, wasze pretensje i intencje. Przestaję być waszą ofiarą, ale też waszym katem. Wychodzę z tego zakleszczenia. Wyrównuję między nami energie.
DS: Już.
Ja: Teraz węzeł na splocie z nimi. Każdy jeden odczytaj – emocje.
DS: Pozostawienie, śmierć, wykorzystanie.
Ja: Rozwiązuj swoją emocję zapisaną w tym węźle. Zaakceptuj siebie, że taka byłaś, ale teraz już wiesz, do czego dane zachowanie prowadzi.
DS: Robię. Oni maleją.
Ja: Teraz ziarna samokarania, bo się odkryły; ziarna obwiniania; ziarna zasilania tych istot sobą.
[Jest tu coś unikatowego: zdolność widzenia wzorców w duszy i jej najsubtelniejszych reakcji na to, co dzieje się na poziomie energetycznym. Ale musimy zrozumieć jedno bardzo wyraźnie: Te ziarna w duszy nie są zwykłymi ziarnami podświadomymi z obecnego wcielenia Salmy. One są znacznie starsze. Prowadzą do powtarzania podobnych zachowań i do realizacji karmy – często w sposób, którego osobowość nawet nie zauważa. Można powiedzieć, że istnieją dwa poziomy podświadomości wzorców:
- karma niższa (ta z obecnego życia i ciała),
- karma wyższa (ta zapisana w duszy i monadzie).
Dlatego zawsze zadaję to pytanie: Jaki rodzaj karmy przerobiłeś w tym życiu? Z jakim rodzajem karmy i gdzie zejdziesz w następnym życiu?]
DS: Poszło, lżej, dużo lżej.
Ja: Teraz puść ich, te obrazy.
DS: Nie ma, zmalały.
Ja: To podstawa – przyczyna. Tam jest reszta tego układu, systemu.
DS: Uwalniam.
Ja: Czyli byłaś katem dla rodziców, duchowo?
DS: Trochę tak. Panią dla nich.
Ja: Teraz odwrotnie.
DS: Tak.
Ja: Co to za lekcja?
DS: No… nie łączyć kata z ofiarą. Wiem, że to myślenie Metatronowe było. W takim systemie żyjemy – bandy dwunastu (Cień bogów, Zmierzch bogów).
Ja: Cofaj z podstawy – śmiało, widzę, co robisz. To nie ma mocy.
Ale brakuje ci czegoś w sercu, w tobie. Czego?
DS: Wybaczenia, bo ja to rozumiem, czuję nawet, ale…
Ja: Ofiara, syndrom sztokholmski?
DS: Jak to może być takie proste?
Ja: Zawsze było, ale dlatego, że to było takie proste, dusze unikały, chciały całej drogi krzyżowej. I Metatron z Sandalfonem dali. To przez was… dusze.
DS: A. Teraz chyba rozumiem.
Ja: Teraz rośniesz. Więc patrzymy na ciało astralne, wcielenia.
DS: OK.
Tu jest dużo, jakby faktycznie rozwiązanie konfliktu, jest przestrzeń, jest oddech, ale ciało się boi.
[Co tutaj właściwie zaszło? Salma wciąż czuła się źle. Chorowała długo, uporczywie. Nawet gdy klasyczna terapia rozwiązała już biologiczny konflikt z rodziną, ciało nie odpuszczało. Odczyty pokazywały wyraźnie: na poziomie fizycznym, eterycznym i astralnym wciąż tlił się aktywny strach przed powrotem starego wzorca. Zamknięty chomiczy kołowrotek – ciało, umysł i dusza biegały w kółko, nakręcając się nawzajem. Zacząłem więc od duszy.
Pieczęcie w ciele przyczynowym i atmanicznym mówiły jednoznacznie: to właśnie dusza trzyma wszystko w miejscu. Nie pozwala puścić. A „puścić” w moim języku oznacza coś bardzo konkretnego: zrozumieć, w pełni uświadomić, wybaczyć – i pójść dalej. Ale nie tylko. To także zastąpić stare czymś nowym. Całkowicie nowym. Z duszami pracuje się szybko i sprawnie, bo są czystymi istotami energetycznymi. Nie ma w nich tej ciężkiej materii, którą ma osobowość. Kiedy więc dusza Salmy w końcu odpuściła i powiedziała cicho: „Teraz chyba rozumiem…”, coś się przesunęło. Energia natychmiast mogła spłynąć niżej – do ciał subtelnych i fizycznego. Dusza wzięła głębszy oddech, a wraz z nim osobowość mogła wreszcie dopuścić do siebie coś innego.
W miejsce ciągłego konfliktu z rodzicami. W miejsce konfliktu z własną duszą, która atakowała ją dawnymi wzorcami. Dlatego wcześniej zadałem pytanie: Jaki rodzaj karmy przerobiłeś/przerobiłaś w życiu? Co właściwie robiłeś dotychczas? To nie była ciekawość. To była retrospekcja –zaproszenie do szczerej, wewnętrznej analizy. Jeśli nie teraz… to kiedy? Bo praca nad sobą nie jest dla odważnych. Jest dla tych, którzy szukają w sobie siły, mądrości, wiary i pierwotnej emanacji – tej, którą każdy z nas kiedyś miał, ale mógł ją zasłonić, utracić, wybić… albo sprzedać. Jak w przypadku duszy Salmy – być, działać czy żyć przez wiarę w coś, co nawet nie jest prawdą.]
Ja: Wchodzimy w ten ból. Ty wiesz ze swojego poziomu, osobowość ze swojego, czym jest.
Dużo wychodzi, co to za szlam?
DS: Płuca, ale emocje. [Płuca – przestrzeń, tlen, powietrze. Wcześniej były ściśnięte przez postawy rodziców, „domowy klimat”.]
Ja: Wszystko wyciągasz z tego ciała astralnego/części subtelnej. Dużo tam ojca, mężczyzn, zatrucia przez nich, toksyny w powietrzu.
[Dusza puściła, dlatego może pomóc swojemu wcieleniu i części subtelnej, bo nie przenosi niepotrzebnie dalej swoich wzorców.]
DS: Tak, ale mózg osobowości to już wie przez terapie klasyczne.
Ja: OK. No, mocny konflikt był, bardzo mocny.
Teraz to ciało eteryczne. Dużo metalu, nanocząstek, wirusów. Otaczamy i wycofujemy – na początek. Potem woda – zanurzamy całe ciało.
DS: OK.
Ja: Myślę.
Lepiej się robi, oj, dużo lepiej. Były zlepione emocje i programy innych.
DS: Tak.
[Bardzo ważny fragment. Czasem długotrwała praca, nawet najlepsza terapia, zamiast pomagać – bardziej szkodzi. Zamiast rozwiązywać konflikt, nakłada na niego kolejne warstwy. Ciało nie ma wtedy ani chwili, żeby zmetabolizować to, co zostało ruszone. Rany są rozgrzebane, ale nie ma przestrzeni na prawdziwe gojenie. Zamiast ulgi – tylko nowe napięcie, nowe objawy, nowe nakładanie się.
Sam dopiero ten mechanizm zauważyłem naprawdę wyraźnie, gdy moja skuteczność skoczyła i zacząłem świadomie badać, co dokładnie materializuje się po każdej pracy. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak bardzo często „więcej” oznaczało „gorzej”. Dlatego dziś wiem to już na pewno: Czasem lepiej zrobić kilka małych, precyzyjnych kroków niż próbować przebiec cały maraton. Bo maraton bez oddechu kończy się zawsze tak samo – wyczerpaniem i nowymi bliznami.]
Ja: To docieramy do ciała fizycznego. Tu trudniej. Trzeba je uspokoić, bo tu mechanizm obronny: by nie czuć, trochę ucieczki jest. Pokazujemy dom, rodziców, ród i ją samą. Nie ma odwracania.
DS: Widzi.
Ja: Teraz moja przestrzeń, ich przestrzeń. Osobne pola. Oni noszą swoje, ja noszę swoje.
[Tutaj wykorzystujemy moją metodę PER – Porządkowanie Energii Rodu.]
DS: Ciało reaguje, cieszy się.
Ja: Mogą być i ja mogę być. Każdy z nas ma swoją przestrzeń, która nie wpływa ani się nie przenika. Moja przestrzeń jest jasna. Ich kolorowa. Kolory nie mieszają się.
DS: Idzie.
Ja: Teraz powietrze do płuc.
Jak się czujesz?
Salma: Spokojniej. Lżej, dużo. Puściło mi napięcie z ciała. [To jest realny skutek pracy, która się odbyła. Teraz możemy skupić się na pracy z samą Salmą.]
Nikodem: Tak. Bardzo dobrze. Bo tu trochę było też bycie rodzicem dla rodziców. [Rozpoczynam nowy temat.]
Salma: Tak, to właśnie mnie uderzyło, jak przyjechałam do domu. Bo ja to projektuję też na ludziach z mojego otoczenia. Widzę rodziców wszędzie. I tak długo nie mogłam zrozumieć swoich zachowań w obecności innych. A to były projekcje.
Nikodem: A pozostanie dzieckiem, w swojej pozycji, na swoim miejscu, pozwala ci być sobą. I nikt nie musi wchodzić w rolę czy rywalizować.
Salma: Nie chodziło o nich w ogóle. No tak. Tylko że ja nigdy nie miałam okazji być dzieckiem. Nie wiem, jak to jest.
[Nie rozgrzebuję tego ani nie potęguję. Salma już to wie i przepracowała wcześniej. Teraz jedynie wyciągam to, co zostało i leży na samym wierzchu.]
Nikodem: Czyli powiedz sobie: „Przyjmuję swoje dziecko, ale i swoją dorosłość w domu i poza domem, bo wtedy rodzic jest rodzicem, nawet jeśli jest, jaki jest. Bo to daje bezpieczeństwo mnie i im. Oni sobie poradzą, bo ja sobie radzę”.
Salma: Już.
Nikodem: Tak. I teraz zamknij oczy i wejdź do ciała i powiedz: „Gdzie są moje osądy rodziców, moje opinie na temat rodziców, moje przewodzenie im”. Znajdź to i wyciągnij. [To zostało już wcześniej uruchomione dzięki pracy z duszą. Nie wszystko zapisuję.]
Salma: Dużo tego.
Nikodem: Do ognia, wszystko.
Salma: To jest jak druga skóra, cała jestem z tego.
Nikodem: No, prawie. Cofaj. Bo to będzie powodowało, że mężczyźni będą niepełnosprawni, jak dzieci. Praca – szefowa i dzieci. Po co się tak męczyć?
Powiedz: „Kiedyś mnie to chroniło, teraz już nie. Kiedyś ta skóra mnie izolowała, teraz już nie musi. Dziękuję za ten mechanizm”.
Salma: Już. Więcej energii. Głowa lżejsza.
Nikodem: Teraz spal skórę. Patrz w wyobraźni, jak się pali. Ze wszystkimi emocjami.
Dobrze. Co poczuło ciało?
Salma: Chłód. Świetna reakcja ciała.
[Pamiętajmy jedno: praca duchowa, która jest w prawdziwym kontakcie z ciałem, zmienia wszystko. Bo jest uziemiona. Nie operuję wtedy na abstrakcjach ani na oderwanych, „wysokich” poziomach duchowych. Bez przepływu między ciałami – nic się nie zakotwicza, nic nie schodzi naprawdę na ziemię. Dlatego prowadzę rozmowy właśnie tak – a nie inaczej.]
Nikodem: Teraz ogrzej ciało, przytul je, powiedz: „Moja skóra została skrzywdzona, moje ciało zostało skrzywdzone i musiałam wejść w rolę, jakiej nie chciałam. Ale teraz powróciłam do świata, do słońca i wszystko mnie ogrzewa i dba o moją wrażliwość”.
Jak reaguje?
DS: Układa sobie, ale dobrze. Terapia zharmonizowała żeńskie. Ty teraz – męskie.
Ja: Tak czułem. Zostało: „Jako człowiek, jako dziecko jestem bezpieczny w swojej wrażliwości, nauce i tego, co doświadczam. Poznaję ludzi mądrych, bystrych i samodzielnych, bo mam do tego prawo i przyjmuję je w siebie”.
Salma: Ja się w ogóle nie czuję bezpieczna, ciągle muszę być przygotowana na najgorsze.
[Ciekawa reakcja na to, co napisałem wcześniej, ale chcemy: żeby wybijało, żeby wychodziło.]
Nikodem: Ale to każdy człowiek tak ma. Cecha ludzka. Tu chodzi o coś innego. Napięcie daje ci energię. Daje ci cel.
Salma: Ha! No tak.
Nikodem: A teraz, jak wrócił spokój, ciało nie wie, jak z tego poziomu działać.
Salma: Bo się boję, że jak puszczę, to się rozsypie.
[Kluczowy moment w uwolnieniu. Psyche będzie bronić. Będzie się upierać. Albo – jak w pięknie ułożonym dominie – posypie się do ostatniego klocka. Więc trzymamy kciuki.]
Nikodem: Już się ciało rozsypało i ty cała. Ale tego jeszcze nie dopuszczasz. Mimo że to fakt – stało się fizyczne, energetycznie i emocjonalnie.
Mimo tego rozpadu, jesteś nadal, istniejesz i – co najciekawsze – był stan spokoju, ciszy, relaksu. Dlaczego tak? Bo ciało jest gotowe na nowe, wejść w nowe na nowych zasadach. Ty jesteś gotowa. Tylko jest lęk: Czy ja tak mogę? Czy świat mnie taką przyjmie, zobaczy, uzna?
[Konfrontuję i wzmacniam: stało się, zaszło, przeżyłaś – to informacja bardziej dla biologii, mózgu, pierwotnych instynktów.]
Salma: Tak, to mnie przeraża – czy zostanę przyjęta w autentyczności. Czy jak przestanę spełniać nie swoje oczekiwania, to nie zostanę odrzucona. I czy jak zostanę, to czy się w tym odnajdę.
Nikodem: No tak, bo zobacz, że prawdziwa ty – pozwalasz na prawdziwych innych wokół ciebie. Jeśli ty grasz, zmieniasz pole, inni też odczuwają, że muszą się zmienić. Moją jedną z najmocniejszych cech w pracy na żywo, co było? Każdy czuł się zrelaksowany, otwarty i ufał, prawie od razu. Jak jesteś sobą, to jesteś sobą bez oceny siebie, bez oceny innych, bez potrzeby zmieniania innych. Wtedy oni mogą być śmieszni i życie może być śmieszne i ciekawe.
Salma: Fajne. [Kliknęło, czyli ostatnie domino się posypało. Czuć odpuszczenie.]
Nikodem: Dobrze. Układa się w tobie. Bardzo dobrze.
Salma: No ja właśnie zauważyłam, że jak kogoś poznaję, to od razu odczytuję, jak on mnie postrzega i zaczynam podsycać w sobie cechy, które on uważa za atrakcyjne. Ale nie mam już siły na to. To się musi rozpuścić.
Nikodem: Już tego nie ma w tobie. [Tutaj jeszcze do Salmy nie dociera, co się właściwe stało, ale zaraz dotrze do mózgu.]
Salma: Bo ile można.
Nikodem: Mówisz: Taka jestem, po prostu jestem. I to działanie raniło też innych.
Salma: Wiem.
Nikodem: Bo często to nie oni robili, sprawdzali, szukali – tylko ich podświadomość, mechanizmy obronne. I tak układały się dwie dysfunkcyjne osoby ze sobą.
Salma: Totalna iluzja. Ja czuję, że idzie nowe. Że w końcu jest przestrzeń. Że domknął się jakiś duży cykl. Tylko mam w sobie duży żal, że to musiało być tak brutalne dla mnie.
Nikodem: Tak jest. Wykonałaś pracę. Plus, pomyśl: ludzie nie pracują nad sobą i żyją tak przez całe swoje życie.
Salma: No, to już do duszy. Zresztą sama się przyznała, nawet dzisiaj. Wiem, że to jej.
Nikodem: Wierzyła w to, w co wierzyła – w karmę, odrabianie, kata i ofiarę. My jako ludzie jesteśmy tylko skutkiem. Ale puściła i ona, i ty!
Salma: Bo ona czerpie jakąś chorą satysfakcję z testowania moich granic. I mam wrażenie, że to jest ruch jednostronny. Jak ja mam jakieś uświadomienie… [Pozwalamy na ten żal, niech wychodzi z Salmy, niech wychodzi.]
Nikodem: Dlatego dzisiaj od duszy zacząłem, bo to ona była tu przyczyną. Tam był ciężar, ale inny ciężar – podświadomy nacisk. Ale to już za wami.
Salma: To nie mogę jej dać pokazać… Bo ona nie przyjmuje. Szukała ciągle kogoś silniejszego, z autorytetem. Ja byłam na drugim planie.
Nikodem: Ale to prosty mechanizm: czuję się winna, więc szuka kata, szuka autorytetu, który powie: co jest dobre, co jest złe. Normalne, kiedy jest poczucie winy i zachwianie w swój osąd.
Salma: No, ja to rozumiem. Tylko że nie wiem, jak z nią rozmawiać.
Nikodem: To poczuj i dopuść. Oboje byliście ofiarami. Nie ma tu winnego. To jest najtrudniejsze dla wszystkich istot: czasem nie ma winnego i nie ma kogoś obwinić. To jest najtrudniejsze.
Salma: Tak, to jest najtrudniejsze. Bo im więcej rozumiem, tym mam mniej złości na to wszystko. Zostaje rezygnacja. A ta złość to chociaż mnie kiedyś napędzała, dawała poczucie sensu.
Nikodem: Tak, bo ta złość, tak czy siak, zawsze kieruje się ostatecznie do nas/w nas, bo od nas się to wszystko zaczęło. Powiedz coś do niej, ale z serca od serca, jakbyś kierowała energię, słowa, myśli do serca. [Pozwoliłem się „wygadać”, ale teraz czas na poczucie siebie.]
Salma: Ona przeżywa to. Czekała.
Nikodem: Jasne. Co jeszcze?
Salma: Chciałabym móc jej zaufać.
Nikodem: Chciałabyś oprzeć swoje ramię o jej bark?
Salma: Tak.
Nikodem: Ale żyjecie w dwóch różnych rzeczywistościach i nawet czasie. Nie do osiągnięcia. Ale… niech dusza powie, co może zrobić.
Salma: Ja mam wrażenie, że ona nie rozumie, jak tu wszystko wolno idzie, ile to jest czasu, żeby tu coś się zmieniło, i że ja też mam swoje obowiązki tu, które muszę robić. I mieć na nie energię. Ale ja też nie wiem, jak ona widzi – to jest poza moim dostępem.
Nikodem: Człowiek, który nie ma kontaktu z duszą, a próbuje, może mieć kilka cech:
- Jest surowy, bardzo surowy.
- Wyobraża sobie coś na temat duszy swojej – ogromne wyobrażenia nie do sprostania dla duszy.
- Szuka ojca lub matki (przeniesienie), a dusza nie jest rodzicem, jest rozszerzeniem nas samych.
Ale zobacz, że w twoich słowach jest: nie rozumie. Ja to doskonale wiem, bo każda moja praca z monadą, z tymi siłami to pokazuje. Nie wiedzą, nie rozumieją. Ale to nie znaczy, że nie mają miłości, nie mają troski, opieki, nie wspierają. My żyjemy na naprawdę trudnej planecie, jednej z top 3 najcięższych w wielu, wielu Wszechświatach. A to już jest pewnego rodzaju osiągnięcie. One o tym wiedzą, zdają sobie sprawę z ciężaru.
Dusza pojawia się w życiu człowieka w momencie, kiedy nasze żale lecą tam, gdzie mają lecieć – czyli do rodziców, do tego, co było. Nie do niej, bo to ją odpycha. Twoja dusza bardzo wrażliwa, ale mocno zanurzona w poczuciu winy. Zrobiłyście bardzo duży krok w całej pracy, która u was trwa już lata. I to w tak młodym wieku. Doceńcie siebie.
Salma: Czyli nie mam z nią kontaktu? To tylko moje wyobrażenie?
Nikodem: Masz. Bo poczułaś. Napisałaś: czekała. To wy.
Salma: No, ja właśnie nie rozumiem… Tego, chyba, że to ja po prostu…
[Mimo że pojawia się tu trochę projekcji – dusza staje się jednocześnie mamą i tatą – pozwalamy na nią. Bo właśnie dzięki temu domyka się cały proces leczenia.]
Nikodem: Ona słyszy, ale odpowiedź duszy nie zawsze jest tym, co my oczekujemy. Dlatego od 20 lat widzę pewną rzecz, a byłem pierwszy, który wprowadził termin duszy i pracy z nią na taką skalę. Bo reszta miała to głęboko gdzieś, bo przecież „Wyższe ja” jest doskonałe. Czego doświadczyłem? Ludzie wolą pójść gdzieś tam, w nieprawdziwą metodę, bo większość ludzi nie chce odpowiedzi zgodnej z prawdą, z rzeczywistością – człowiek chce się łudzić. Więc z takimi intencjami chodzą tam, gdzie wyobrażenia, wizerunek samoidealny może dalej trwać. Stąd słowa Junga, że ludzkość jest na poziomie dziecka. A ty, w tym wieku: widzisz i czujesz, co dusza zrobiła i kim była, jakie funkcje wysokie. Pracujesz nad skutkiem tego, co zrobiła, zaplanowała i tym, co sama doświadczyłaś – jak robotnik w polu. I mimo tego: szukasz, masz miłość, konfrontujesz się. To odwaga starej istoty.
Salma: No tak, bo to dzieci oczekują.
Nikodem: Człowiek sobie może pisać czy oczekiwać, że jest starą istotą. Ale stara istota – nie ucieka. Po prostu jest i robi to, co zrobić może. Musicie się docenić, bo jak wyjdziecie ze złości, wzajemnego obwiniania, szukania kozła ofiarnego i tego, kto jest bardziej skrzywdzony – zacznie się nowy epizod. Nowa droga. Przyjaźń, która nigdy się nie kończy. Bo jak może?
Salma: NO TAK! Aż mi wrócił apetyt. Lepiej mi. Czuję, że idzie nowe.
Nikodem: Tak jest. Bo pozwalasz. Gratuluję. Odpuszczenie to też część procesu – ta najtrudniejsza. Jakiś kawał?
Salma: Kawały to moja słaba strona akurat.
Nikodem: Teraz będą mocną stroną.
Salma: Oby!
Nikodem: I twoja sztuka wzrośnie, bo i wrażliwość ma miejsce na swoje. Tak pracują teraz ciała. Brawo.
Salma: Lets go!
Nikodem: I to tylko twoja praca – myśli, uczucia oraz spokój z pogodzeniem.
Salma: Ale poszło ładnie. Czuję to. Że się domyka. Bo to był duży konflikt. Jak to mówią – lata 20.
Nikodem: Job done.
Salma: Oki. Dzięki bardzo, bardzo.
Po słowie
Moje zadanie polegało tak naprawdę na tym, żeby… nie przeszkadzać. Nie przeszkadzać Salmie. Nie przeszkadzać jej duszy. Kiedyś mówiłem o tym procesie – jak ostatni klocek w dominie, jak domek z kart. Teraz było dokładnie tak samo. Wiedziałem, że Salma już wykonała całą pracę, o którą ją wcześniej poprosiłem. Wskazałem kierunek, pokazałem co i jak.
Po wstępnym odczycie jej ciał subtelnych zobaczyłem to bardzo wyraźnie: rozwiązała już mnóstwo konfliktów, uwolniła dziesiątki wzorców. Ale ciało wciąż nie potrafiło się uzdrowić, wyjść na prostą. Trwało w ciągłym napięciu. Dlatego jedyne, co mogłem zrobić, to stanąć z boku i nie dokładać ani jednego nowego tematu. Nie ruszać niczego więcej. Po prostu nie przeszkadzać.
Pracuję z ludźmi ponad dwadzieścia pięć lat. Widziałem wszystkie możliwe zawody, pozycje społeczne, wszystkie poziomy świadomości. I z czasem zrozumiałem, że mój największy talent to właśnie ten jeden: odczytać w danej chwili – gdzie ten człowiek naprawdę jest, czego teraz potrzebuje i przede wszystkim… na co jest gotowy.
Na początku byłem jak choleryczny byk. Jak przecinak. Jak dziki mustang. Zawsze „do przodu, dalej, więcej”. Doświadczenie przyszło dopiero z czasem. Nauczyłem się doceniać pracę, którą ktoś inny już wykonał dla tej osoby. Nauczyłem się szanować moment, w którym mogę jedynie uczestniczyć – nie przejmować. Bo w prawdziwej pracy nigdy nie chodzi o przypisywanie sobie zasług. Nigdy nie chodzi o „to dzięki mnie”. Mogłem stać obok. Mogłem towarzyszyć.
Ale to druga osoba – zawsze ona – wykonuje pracę nad sobą.
Towarzyszenie nie jest wcale łatwe. Tak samo jak umiejętność nie-dokładania. O tym pisałem już w pierwszych rozdziałach „Zmierzchu bogów”. Przy Salmie nie musiałem robić nic wielkiego. Wystarczyło być obecnym i pozwolić jej duszy dokończyć to, co już sama zaczęła. Gratuluję.
