Do napisania tego opracowania inspiracją stała się moja praca pt. „Żale Ani. Ciemna noc niezrealizowanych marzeń drogą w dorosłość”, którą dopiero opublikuję.
Historia jakich wiele
W latach 2006–2009 moje artykuły były czytane – a raczej klikane – od 20 do 100 tysięcy razy. Dziś jest to od 100 do 1000. Dlaczego tak się dzieje, skoro teraz jestem setki razy skuteczniejszy, bardziej świadomy, mądrzejszy? Wypracowałem dziesiątki technik, a mój język komunikacji i empatia zmieniły się nie do poznania. Nikodem, który dziś pracuje z ludźmi, jest cieplejszy, uważniejszy, bardziej pomocny. Tamten Nikodem był typowym coachem – oczytany, ale gdyby go porównać z tym, kim jestem po ponad dwudziestu latach doświadczenia, to jak dziecko obok dorosłego.
Różnica jest prosta: w tamtych latach stworzyłem personę, tak jak dziś robi to niemal każdy w social mediach. Dziś jestem po prostu sobą. Nie ma w tym żadnej kreacji. Robię swoje i niczego nie sprzedaję. Tamten Nikodem był sprzedawcą, ale żył też w innych czasach.
O czym tu mówię? Czasy się zmieniły. Albo żyjemy w zgodzie z nimi, albo obok nich – depcząc własną ścieżkę.
Tylko… żeby być tu, gdzie jestem, nikt nie wie, ile to kosztowało energii, czasu, poświęcenia i samotności. To droga, którą idzie się samemu – bez nikogo obok. To godziny pracy, projekty, analizy, których nie da się policzyć. A kiedy w końcu wychodzimy z tego wewnętrznego świata i pokazujemy siebie na nowo, inni wciąż widzą w nas stare swoje projekcje. I to nie jest nawet najważniejsze. Bo świat na nas nie czekał. Płynął własnym rytmem, nie patrząc na to, co my tam w środku robimy. Bo zmieniliśmy się nie tylko my. Zmienił się też świat i ludzie wokół.
Tylko że zostajemy wtedy sami ze sobą z tamtego okresu. Z kimś, kto nagle został obcięty, stracił wszystko, co posiadał, i musiał zaczynać od nowa. Nie zrealizował żadnych planów ani marzeń. Tak właśnie było, gdy przechodziłem ze świata motywacji, prelekcji, szkoleń i pracy z biznesem w stronę duchowości. Czułem, jak wewnątrz mnie walczy ten byk – choleryk, któremu brakowało ludzi, a właściwie „tłumów”, do których był przyzwyczajony. Wtedy pisałem, a ludzie rozsyłali to „viralowo”, bo to były początki social mediów. Dziś piszę, a nikt tego nawet nie udostępnia.
Jak sobie z tym poradziłem – i jak radzę do dziś?
Odpuściłem.
Nadal robię to, w czym jestem najlepszy, co kształtowało się we mnie przez dekady i wcielenia. Gdybym zatrzymał się na motywacji, podstawowej psychologii, na tym, co było wtedy popularne, medialne i nowe – nigdy nie stałbym się tym, kim jestem teraz. Świat dałby mi wtedy uznanie, czciłby mnie, gloryfikował. Wszędzie byłoby mnie pełno. Ale ten Nikodem, który jest – on by wtedy nie powstał. Nie narodziłby się na nowo. Nie wiedziałby. Nie widziałby. Nie rozumiałby.
On potrzebował czasu. Potrzebował ciszy. Potrzebował przeżyć wewnętrzny i zewnętrzny hardcore – bo to właśnie zbudowało integralność. Szkielet na wszystko inne.
Podobnie w pracy publicystycznej – w skutkach pracy z ludźmi nad ich wyzwaniami, czasem przeogromnymi problemami, czy w pracy duchowej opisanej w Cieniu bogów, Zmierzchu bogów i Upadku bogów – nie widać ciężaru w samych opisach.
Dlaczego tak jest? Czuć powagę, ale jednocześnie lekkość. Nie czuć bólu, oceny, cierpienia. Nic się nie przenosi, bo jest wewnętrzne pogodzenie i szacunek dla drugiej istoty oraz jej własnej drogi – krzyża, który nosi. Możesz czytać o rzeczach ciężkich, traumatycznych, rozbijających i szokujących, ale po prostu je czytasz. Nie ma w tym żadnej nalegającej energii. A jednak to wymagało pracy – choćby nad książką Dbaj o siebie, która niosła w sobie ciężar moich własnych chorób. To była nauka.
Czasem to nie ten dom, nie Porsche, nie sukcesy, nie spełnienie zawodowe ani szacunek w środowisku – tylko wewnętrzne tematy. Sprawy, które my rozumiemy. To, co przeszliśmy. To, kim byliśmy. I to, kim jesteśmy teraz. To wiemy tylko MY.
Gdy wykonuję ćwiczenie wyobrażeniowe: „Wyobraź sobie, że masz wszystko, co chciałeś osiągnąć” – natychmiast przekręca mnie o 180 stopni. Staję się wtedy bardzo fizyczny, materialny. Tematy duchowe traktuję intelektualnie i z przymrużeniem oka, a właściwie – gardzę nimi.
A dlaczego? Bo się ich boję. Bo mogą podważyć mój własny, wypracowany światopogląd. Bo nie jestem w nich dobry, a to, czego nie rozumiem, przeraża mnie. Nie chcę utracić tronu, na którym zasiadłem dzięki swojemu spełnieniu zawodowemu, intelektualnemu i materialnemu. Tronu, który został utkany z poklasku środowiska – środowiska, które mnie jednocześnie zamknęło w klatce i zaczęło wymagać określonego zachowania. To jest strach przed utratą kontroli. Przed tym, że cała ta zewnętrzna struktura sukcesu okaże się krucha, gdy stanę twarzą w twarz z czymś, co jej nie potrzebuje, by istnieć.
Maski i role
Mam nieopublikowane opracowanie pt. „Scalanie jaźni – od masek i ról do ciszy autentyczności”. To tekst bardzo osobisty, ale posługuję się w nim także przykładami osób, które uważają siebie za highly evolved. Gdy go pisałem i badałem wówczas temat „bycia autentycznym” – doszedłem do wniosku, że nie było innej drogi, by to osiągnąć, niż ta, którą przeszedłem. Czyli droga przez oddalenie, ciszę, bez poklasku, bez ego, bez sławy. Trochę jak u dawnych malarzy, których doceniano dopiero po śmierci.
Niestety, istnieje żelazna zasada tego świata: gdy wchodzimy na mównicę – stajemy się mównicą. Oczekiwania ludzi są zawsze silniejsze niż nasza gotowość psychiczna, by ich nie przyjąć. Ich spojrzenia, ich emocje – to siła, której nic i nikt nie odbije.
Innymi słowy, gdybym ja, Nikodem, z taką wiedzą duchową, zaczął ją szerzej nauczać jeszcze pięć, a tym bardziej dziesięć lat temu – nie wpłynęłoby to na mnie dobrze. Nie udźwignąłbym tego. Odtworzyłaby się stara matryca: motywacja, pragnienie uznania. Bo ten świat ma potężną moc przekształcania człowieka. W każdym z nas drzemie bowiem ten „mały Polak”, „niski wizerunek własny”, poczucie bycia „nie dość dobrym”. A sukces, sława, poklask, lajki – mają być na to lekarstwem. Tyle że to lekarstwo pochodzi z zewnątrz. I tak człowiek ląduje w tym samym miejscu, w którym zaczynał. Biegnie w tę samą stronę, tylko na większym bieżniku. Prawdziwa zmiana rodzi się w ciszy, która nas przerasta. Na zewnątrz można wynieść tylko to, co w sobie uciszyliśmy.
Ile razy słyszałem historie klientów – lub ich własne relacje – którzy po zażyciu specyfiku, udziale w kursie czy transie nagle mieli „otwarte wrota duchowe” i doświadczali wizji. Byli i tacy, którzy powtarzali rytuał co kilka dni, potrzebując kolejnego wglądu, głosu przewodnika. Lecz rzadko kończyło się na samym wglądzie. Często szło to dużo dalej: zaczynali prowadzić szkolenia, kursy szamańskie, „otwieranie czakr”, podróże astralne, tantry. Nazywali siebie: uzdrowicielami, przewodnikami, szamanami, jasnowidzami, aniołami, oświeconymi i przebudzonymi.
W książce Poza Dualnością opisałem to w rozdziale „Jak trzymają dusze w samsarze i obciążenia proroka”. To przerażający obraz, oparty na przypadku klienta bezpośrednio po pracy z znaną medialną postacią.
Sam wywodzę się jeszcze z czasów, gdy Leszek Żądło powtarzał w 2007 roku: „Najpierw terapia klasyczna, potem podróże duchowe, bo inaczej nikt nie poradzi sobie z narastającym narcyzmem”. A duchowość niesie ze sobą jeszcze inne, potężne obciążenia: mesjasza, proroka, wybrańca bożego, głosiciela prawdy, jasnowidza, kapłana – kogoś „namaszczonego”. To wzorce, które kompletnie przekształcają psychikę, co przedstawiłem w pierwszych i ostatnich rozdziałach Zmierzchu bogów.
Wielu z nas widziało zapewne filmy z „nowym wcieleniem” Sai Baby – młodego chłopaka czczonego od niemowlęcia. Jakie wzorce psychiczne ukształtują się w nim w późniejszym życiu?
Duchowość w wydaniu nauczania, bycia awatarem czy guru jest tysiące razy bardziej zaburzająca zdrowie psychiczne i integralność niż jakakolwiek inna dziedzina. Stoi tuż obok władzy korporacyjnej, politycznej czy prezesury. Ktoś uczy się metody duchowej – nawet pracy pod hipnozą – i nagle uruchamia się w nim stare obciążenie proroka, mesjasza, a najczęściej – kapłana. To już nie jest pomoc; to odtwarzanie starych schematów.
Leszek Żądło mawiał: „Zrób maga. Zrób czarnoksiężnika i dopiero potem lecz”. Ale dziś, zwłaszcza za sprawą New Age, ten porządek został zaburzony. Zamiast rozpoznania – czyli świadomości, że być może korzystamy ze starych wzorców, wcieleń i karmy – ludzie widzą w tym „autoinicjację” lub „odtworzenie mocy”. A nie o to chodzi. Chodzi o uwolnienie i przekształcenie, a nie powielanie iluzji władzy w nowym opakowaniu.
O tym wielu ludzi nie wie i nawet nie myśli w ten sposób, bo nagły talent, wizja, wgląd, jasnowidzenie, dar – to dar. W jaki sposób został on pozyskany, nadany, nie ma znaczenia. Czy to od jaszczurów, w zamian za energie ludzi, kogo to obchodzi. Tak mówimy o konsumpcjonizmie ezoterycznym, a nie rzeczywistej duchowości, która dotyka całego naszego życia, istnienia i zrozumienia kim jesteśmy. Sprzedawcy jednak dobrze się maskują, ładnie grają, pięknie tkają strony z różnych energii działających idealnie na wyobraźnie słuchacza. Całuny oplatające ciała – tez wpływają na podświadomość drugiej osoby. Tak zabawa w pracę nad sobą, duchowość czy rozwój trwa.
Pamiętam szczególnie okres 2014–2018. Pracowałem wtedy z wieloma osobami po ich podróżach: do aszramu Moojiego, na wykłady Tolle, na Bali, po Ayahuasca w Peru. Tak wiele było w tych opowieściach emocji, przeżyć, zrodzonych przyjaźni. A jednak – tak mało prawdziwej, wewnętrznej zmiany. Wszystko tak szybko wracało na stare tory.
Człowiek zapomniał, że „ezoteryczne” znaczyło niegdyś „tajne, ukryte” – coś, czego nie dostanie się ot, tak, po prostu. Inaczej staje się to handlem, sprzedażą, konsumpcją. Zapomnieliśmy, że duchowość nie jest „gdzieś tam”, w jakiejś praktyce, miejscu czy inicjacji. Duchowość zawiera ducha i duszę – a tego nikt za nas nie obudzi.
Robimy jednak to, co w danym momencie potrzebujemy i chcemy; to, na co pozwalają nam uruchomione w nas prądy. Robimy też to, na co pozwalają nasze własne wzorce i – niestety – ograniczenia duszy, która sama podlega wielu siłom. Dlatego samo trwanie w czymś, nawet bez widocznych efektów, też jest etapem. Pozwala nam bowiem uświadomić sobie, że przed czymś uciekaliśmy – tylko nie chcieliśmy się do tego przed sobą przyznać.
Duchowość stała się ucieczką. Transy – sposobem na ból. Wglądy i nauczanie, gdy nie jesteśmy na nie gotowi – próbą radzenia sobie z samotnością i sposobem na zaistnienie.
Wszystko to było, jakie było – bez oceny. Ale teraz, gdy mamy świadomość (czyli rozróżnienie), wiemy, że pewnych elementów pominąć nie możemy. Bo bez ciszy jest walka. Bez miłości do siebie – pragnienie jej z zewnątrz. Bez świadomości – błądzenie. A bez rozróżnienia – tylko zgadywanie.
Świadome odpuszczenie
Trzeba się pogodzić, że czegoś nie ma, nie było, nie dostaliśmy, nie osiągnęliśmy.
Ale jak to zrobić? Zapraszam do ćwiczeń. Weź kartkę papieru i zapisuj.
- Nie mam ________.
- Chciałem/chciałam i nie dostałem/dostałam ________.
- Miałem/miałam, ale straciłem/straciłam ________.
- Marzyłem/marzyłam, ale się nie spełniło ________.
- Nie osiągnąłem/osiągnęłam swoich celów: ________.
Jest mi z tego powodu: przykro, odczuwam złość, żal, a nawet pretensje do siebie, do świata, do wszystkiego. Nie mam tego, co było planowane biologicznie, podświadomie czy wyobrażeniowo.
Jestem teraz w tym miejscu:
- Jestem wdzięczny/wdzięczna światu za…
- Jestem sobie wdzięczny/wdzięczna za…
- Udało mi się zrobić…
- Udało mi się osiągnąć…
- Jestem lepszym człowiekiem pod względem…
- Czuję się bardziej dorosły/dorosła, bo…
- Moja elastyczność życiowa pozwala mi teraz na…
Gdy wyszedłem/wyszłam poza żal i pretensje za to, co chciałem/chciałam, a nie dostałem/dostałam, zmieniło się we mnie…
Teraz, gdy planuję swoje cele np. ………., jestem gotowy/gotowa działać małymi krokami i obserwować, czy nadal tego naprawdę chcę. Wtedy czuję, że…
Dzięki temu, że dostrzegam w sobie korzyść, zmianę, metamorfozę – mogę śmielej patrzeć w tu i teraz oraz w przyszłość.
Dziecięce żale i nastoletnie wyobrażenia przyjmuję i akceptuję. Rozumiem, że wynikały z potrzeb ciała i umysłu tamtego czasu. Jednak nie zasilam się już tymi żalami i pretensjami.
Na tej podstawie przestałem/przestałam siebie oceniać. Akceptuję swoje wybory, decyzje i postawy, bo to one doprowadziły mnie właśnie tutaj. A tutaj jest teraz najlepsze miejsce dla mnie. A gdzie będę dalej? Od teraz świadomie wybieram.
Zakończenie
Żyjemy w świecie „na wczoraj”, „na już”, „ma być teraz”. Wszystko jest natychmiastowe: wpływ na mózg, dawka dopaminy, nagroda ma być już. A przecież to nie cel jest najważniejszy, ale sama podróż – bo to ona nas zmienia, uczy i kształtuje.
Moje wszystkie książki duchowe razem wzięte nigdy nie sprzedadzą się w takiej liczbie jak sama Motywacja bez granic. Mam z tego powodu płakać? Kiedyś miałem od 20 do 100 tysięcy odwiedzin na artykuł, plus przedruki na innych stronach – a to wszystko nie przekładało się na lepszy, głębszy kontakt z czytelnikiem. Dziś, jeśli opracowanie czytane jest średnio 1000 razy, to wiem, że około 10% z tych osób naprawdę się uczy, szuka, bada i wynosi z tego coś trwałego. Wiedzą, że moje teksty mają „treść w treści” – coś, co zostanie z nimi na całe istnienie. Dlatego mogę podnosić poprzeczkę, zamiast ją obniżać czy infantylizować.
Badałem ścieżkę Leszka Żądło od 2007 do 2010 roku, a potem wróciłem do tego w 2014, by sprawdzić, co się u niego dzieje. Zauważyłem wtedy dwie zmiany strony, czytałem jego odpowiedzi na forach i wpisy w mediach społecznościowych – pełne były politycznych komentarzy. Potrzebowałem kilkunastu dni, by zrozumieć, jaki wzorzec do tego doprowadził. I nagle przyszła odpowiedź prosto od jego duszy: „Nie ma oświecenia. Frustracja, bo ścieżka nie doprowadziła do oświecenia”. Ta frustracja sprawiła, że jego umysł zdyskredytował wówczas wszystkie pozostałe drogi i koncepcje duchowe. Czytelnik, który przeczytał choćby pierwszy rozdział Cienia bogów, wie, jak traumatyczne wydarzenia tam opisuję – a jednak czyta to jak ekscytującą historię, bez ciężaru. To wymagało nie lada pracy.
Leszek pod koniec życia przyznał, że zaczął czytać moje teksty i wyciągać z nich lekcje. Poprosił mnie także, bym odprowadził go i zajął się nim po śmierci. To było jedno z najważniejszych wyznań uznania od człowieka niegdyś bardzo wpływowego, który przez prawie dwadzieścia lat walczył – nie ze mną, ale z prawdą, którą w wielu kwestiach reprezentowałem: że jego Wyższe Ja było po prostu duszą, on sam był duszą krasnoludzką (nie anielską), że nie ma czegoś takiego jak „oświecenie” w sensie ostatecznego stanu, i że każda jaźń – czy to „my”, dusza, czy monada – rozwija się nieustannie. Żadna z gęstości subtelnych nie jest i nie może być doskonała. Mówię o tym wszystkim po to, by przestać się frustrować: że coś nam w życiu nie wyszło, coś nas przerosło, czegoś nie osiągnęliśmy, że ktoś nas atakuje, zazdrości czy z nami walczy. Przyczyna zawsze leży w wewnętrznym podmiocie, a nie w zewnętrznych okolicznościach.
Nie mam Porsche. Nie mam domu z ogródkiem – a takie miałem cele jako prelegent motywacyjny. W pewnym okresie, jak opisałem w Bądź zawsze sobą, dostałem do podpisania wysokie kontrakty. Mogłem kupić kilka domów na całym świecie. Ale wtedy przypadła 50. rocznica śmierci Mahatmy Gandhiego i coś we mnie „zarezonowało”. Nie patrzyłem na tę sytuację trzeźwo – liczyła się już tylko duchowość i to, co we mnie. Mam żałować decyzji, która doprowadziła mnie tutaj, gdzie jestem? Mógł być żal, pretensje, złość, poczucie żałoby – ale to jest perspektywa tamtego 28-letniego chłopaka, nie 45-letniego mężczyzny. Ja dziś mogę być dumny, że ten młody człowiek, skuteczny, ale nie mający pojęcia, co go czeka, podjął taką, a nie inną decyzję. Z tego mamy być dumni – a nie ciągle oceniać i krytykować siebie, że ktoś ma więcej, wie więcej, posiada więcej. To byłby klaps w policzek samemu sobie.
Jak mawiał Zig Ziglar: „Robisz wszystko z zasobów, jakie posiadasz”. Tylko to się liczy. Ale bez szukania natychmiastowej gratyfikacji w jakiejkolwiek formie – bo za to zapłacisz prędzej czy później.
Po zimie przychodzi wiosna, po wiośnie lato, po lecie – jesień.
Dlaczego zatrzymałeś się w jednym miesiącu,
gdy wszystko, co żyje, podąża swoim rytmem?
Jak dzień i noc,
jak jasne i ciemne,
ciche i głośne,
głupie i mądre,
fałszywe i prawdziwe,
dziecięce i dorosłe,
wdech i wydech.
Jak długo jeszcze będziesz chodził napompowany,
wstrzymując wdech,
gdy twoje ciało dawno pragnie wypuścić to, co w tobie tkwi?
Odpuść, bracie.
Odpuść, siostro.
Nie warto.
Miłego weekendu.
