W dniu moich 46. urodzin wydarzyło się coś, co znowu kompletnie zmieniło moją perspektywę na temat naszego istnienia, życia i przyszłości.

Myślałem, że jestem już na etapie, w którym pewne rzeczy i siły – mówię tu ściśle o istotach znanych nam pod imionami takimi jak Metatron, Lucyfer, Aryman, Szatan, Biały czy Sandalfon – zostały w pełni poznane, zdominowane i uwolnione razem ze swoimi mocami. Jednak ponad pół roku temu jeden z Opiekunów Uniwersów powiedział mi jasno: „To teraz gra się naprawdę zacznie. Przyjdą większe rzeczy”.
Moje działania, praca i uwolnienia – które są ciekawe także dla jasnowidzów – zostały zauważone prawie wszędzie, tylko nie na Ziemi. To ściągnęło uwagę wielu istot z naszego Uniwersum, w którym istnieje tryliony trylionów innych. W trylogii „Bogowie” pisałem o „bandzie dwunastu” – najstarszych istotach naszego Uniwersum. Ale skoro jest banda, to są i inne. Właśnie w dniu moich urodzin, gdy stałem nad rzeką, dokładnie osiem istot, które nazwałem „Zegarmistrzami” oraz wysoka, długa rasa duchowa o bardzo aktywnych czakrach emanujących mocno oświeceniową energią – zaczęło mnie atakować.
Byłem już zmęczony. Wcześniej na Instagramie opisałem „złodziei miejsc mocy”, co uruchomiło kolejną falę intensywnej pracy nad ich odbudową. Byłem zmęczony, ale w tym świecie nikt nie pyta, czy jesteś wypoczęty, czy masz siłę, czy chcesz coś zrobić, czy masz wolny piątek i ochotę wyjść na miasto. To kreacja, która wymyka się spod kontroli człowieka. Dlatego w opracowaniu „Lilia Metatrona”, w ostatnich zdaniach, powiedziałem swojej najwyższej części – tej, która jako pierwsza wyewoluowała w naszym Uniwersum na poziom istot nazwanych „Przedwiecznymi” – cytuję:
„P: Poczekaj. Zaraz zejdą i zrobisz jeszcze ciała subtelne niższe. I koniec.
Nikodem: Nie. To jest koniec czegoś między nami, w tej całej pracy. Coś umarło dzisiaj we mnie.
P: Akceptuję to.”
A jednak kiedy pojawili się Zegarmistrzowie razem ze swoimi wpływami z całego Uniwersum (czyli z poza naszych światów kwantowo-hologramowych), o zupełnie innej budowie, zasobach, czasie, przeżyciach i masie duchowej – zostałem znowu postawiony przed sytuacją, która nie była ani wygodna, ani miła, ani budująca dla mnie.
Tak, każdy z nas chce być pomocny, przydatny, przynależeć do jakiejś grupy i czuć spełnione podstawowe potrzeby według piramidy Maslowa. W moim przypadku ma to jednak zupełnie inny wymiar – wymiar bodhisattwicznej służby lub służby uniwersalnej. To skala i bezwarunkowość, która wykracza daleko poza zwykłe pojęcie pomocy. Ciągle czuję w sobie, że dzień moich 46. urodzin był dniem, w którym wszystkie granice zostały przekroczone.
Po całym wydarzeniu moja Przedwieczna powiedziała, cytuję:
„Są pewne rzeczy, którym ulegam ja sama i ty jako moje rozszerzenie. Nie zostawiłam Cię bez pomocy i wsparcia. Ty nie zostawiasz świata.
Ja: Tak to widzisz. Chcę zobaczyć rezultaty tego”.
A to, co wydarzyło się wcześniej i trwało wiele godzin, przekracza sumę wszystkich wydarzeń opisanych w „Zmierzch bogów”. Była to bitwa Uniwersów – starych sił z nowymi, które ukształtowały się na przestrzeni wielu ostatnich ziemskich lat.
Zegarmistrzowie to były normalne dusze, które posiadały wcielenia w różnych światach lub mocno rozwinięte monady, ale ich pozycja w hierarchii całego Uniwersum była na poziomie TOP. Widzieli straty Metatrona, Lucyfera, Szatana, Beliala, Białych, Lewiatana, Lilith i wielu pomniejszych (nawet nie wspominając o Asmodeuszu czy Baalu – to już dużo niższa liga). I poczuli chyba że będą następni.
Przebieg tej walki zamieszczę w książce „Upadek bogów” jako jej zakończenie. Teraz chciałbym podziękować wszystkim, którzy na moje wezwanie – gdy zbierały się przeciwko nam wszystkie siły i moce, dokładnie przeciw czterem Zegarmistrzom (bo czterech udało mi się zjednać „friendly talk no jutsu”) – stanęli i pomagali. Bardziej niż cokolwiek innego przekonało ich to, że stanęli po stronie Przedwiecznej i Opiekunów Uniwersów, a nie sił reprezentujących stare porządki oraz inne Uniwersa, które ich nie posiadają.
Pojawiło się wtedy mnóstwo istot: wszystkie tajne organizacje na Ziemi, przedstawiciele wielu narodów, magowie, wszyscy, którzy cokolwiek czuli i byli gotowi – mówię tu o częściach subtelnych, duszach i waszych monadach. Dziękuję, że staliście i reprezentowaliście tę planetę. Dzięki Wam zaczęła się ona w końcu liczyć w kosmosie. Ściągnęliśmy uwagę największych „graczy” i sami nimi zostaliśmy.
Wygraliśmy.
Ale straty i to, co się działo… odbiera dech w piersi.
Nie chodzi o liczby sięgające setek bilionów, zniszczone miliony światów, kompletnie zapadnięte jedno z Uniwersów, bo to jest skala, która wykracza poza to, co mózg może przyjąć i zaakceptować. Po prostu się nie da, bo człowiek nie do tego stworzony. Bardziej wewnętrznie czuję coś, co mnie połamało – a jest to zachowanie mnie samego z „wyższego poziomu”. Powiedziałem: dosyć, koniec, nie mam sił fizycznych, zasobów materialnych ani zdrowia. Mimo tego zaraz na barki – puściła bombę większą niż bomba wodorowa. Nawet zarządzanie największymi siłami Uniwersum, zjednanie wszystkich Rad, Hierarchii, podbite gęstości białych, piekieł, zdominowanie największych oprawców nie jest żadną satysfakcją, nie buduje glorii, dobrego samopoczucia czy poczucia spełnienia i właśnie bycia – pomocnym czy bohaterskim. W moim słowniku nie ma takich wyrażeń ani słów. Kiedy część ciebie – jaźń mówi: „Akceptuję Twój wybór”, a potem go łamie – tracisz zaufanie natychmiast.
Każdy człowiek ma swoją granicę wytrzymałości i swoją wewnętrzną siłę. Moja była na naprawdę niesamowitym poziomie. Ale ciało ludzkie ma swoje prawa, swoje zasady i swoje ograniczenia – nie tylko biologiczne.
Nigdy nie szukałem chwały, władzy, prestiżu ani poklasku. Nie interesował mnie świat, w którym na Ciebie padają reflektory. Zawsze wolałem być w ukryciu, z boku, cicho. Jednak gdy już całe Uniwersum patrzy – nie ma odwrotu. Prawo duchowe prawem duchowym, ale fizyczność i materia mają swoje własne zasady. Nie da się tego połączyć – przynajmniej nie w tym trybie życia, jaki mam obecnie. Wiele dusz i monad tego nie rozumie. A co dopiero istota, która istnieje już poza Uniwersami.
Nikt nie chce być traktowany jak narzędzie, ale jako czujący, kochający człowiek – istota traktowana z szacunkiem. Ktoś, kto ma coś do powiedzenia.
W stronę siebie samego
Bitwę zewnętrzną wygraliśmy.
Wewnętrzną – przegraliśmy.
Tak właśnie wygląda budowa mojej istoty po tym wydarzeniu i po tym, co wtedy poczułem.

Praca nad sobą nie ma końca – nawet na tym etapie. Teraz to ja wskazuję JEJ wadę, usterkę, skazę. Na tym poziomie nie ma już możliwości, żeby nie być w pełni integralnym nawet z najmniejszą częścią siebie. Bo kim jest człowiek dla KOGOŚ TAKIEGO? Dla monady jest ziarenkiem. A co dopiero dla Przedwiecznej?
Co tak naprawdę oznacza być integralnym?
Czy tylko być scalonym, jednolitym, jednomyślnym, żyjącym w zgodzie ze sobą, swoim sumieniem, wartościami i decyzjami? W przypadku monad i istot, które ewoluują jeszcze dalej – oznacza to być w zgodzie nawet z wolą wcielenia, czyli z tym najmniejszym ziarenkiem w sobie. Dlatego dusze tak rzadko są blisko swoich wcieleń, a monady jeszcze rzadziej. Dla nich utożsamienie się z tym, co było „tylko planem”, jest trudne.
Od kiedy plan ma wolną wolę? Plan się realizuje!
Od kiedy to, co zostało stworzone, a nie wydzielone, ma prawo realizować dodatkowe elementy zrodzone z wewnętrznych ognisk?
To są pytania tych, którzy pracują długo z duszami i nauczyli się – dzięki mnie – pracować również z monadami. Jedno połączenie z duszą zmienia coś zarówno w duszy, jak i w człowieku. Ale połączenie człowieka z monadą zmienia w monadzie bardzo dużo – staje się „bardziej ludzka”. Nie oznacza to jednak automatycznie, że staje się „bardziej pomocna”. Częściej staje się bardziej wymagająca. Wyważenie tego pomiędzy jaźniami – nami i duszą, nami i monadą – nie jest proste i nigdy nie będzie. Ale w rozwoju swojej istoty i świadomości nie da się od tego uciec.
Kiedy patrzę na to wewnętrzne rozerwanie w Niej, widzę je nie pierwszy raz. Ona była zawsze największym „nakurwiaczem” w całym Uniwersum. Ale ta wyrwa w niej jest ciemna, paląca, czerwona i pusta – bo nie zawiera miłości do mnie (ani do wcieleń jej podobnych do mnie, nawet alternatywnych) ani zrozumienia tego, co my jako wcielenia podejmujemy, decydujemy i czego naprawdę potrzebujemy.
Już teozofowie pisali o ego w ciele przyczynowym, czyli o duszach, że to one „grają na instrumencie” zwanym wcieleniem. Zapomnieli jednak dodać, że instrument trzeba oliwić, nastrajać, dbać o niego i dawać mu przestrzeń – inaczej żadna melodia nie zabrzmi pięknie. Nawet jeśli dusza zagra kilka dobrych melodii, ale potem zacznie szarpać struny i przestanie dbać o instrument – koncerty szybko się skończą. Czy dusza zda sobie wtedy sprawę, że sama zniszczyła to, co miała najcenniejszego? Często nie ma takiej świadomości.
Wiele lat temu odkryłem, że nawet przekroczenie poziomu Źródła – gdy monada tworzy Superaspekt lub łączy się z nim – nie zmienia tej wrażliwości. Dlatego jeśli moja Przedwieczna nie rozumie mnie jako wcielenia… nie rozumie tego, co mówię i co decyduję w bezpośredniej, żywej komunikacji – to mówi to bardzo dużo o tym, co każdy z nas ma jeszcze do przejścia ze swoją duszą i swoją monadą.
Brak miłości do siebie – nawet do tego ziarenka, którym jesteśmy, i do decyzji, które to ziarenko świadomie podjęło – jest równoznaczny z rozbrajaniem siebie od środka. Decyzje te nie wynikają z lenistwa, lecz z doświadczenia, mądrości i akceptacji własnych limitów. A jeśli dusze i monady robiły to tysiące, a nawet miliony razy swojej własnej niższej jaźni? To pokazuje prawdziwą skalę tego, co jeszcze pozostaje do przepracowania w nas.
Jestem jedynym, który uczy tego na takim poziomie. Śmieszne i zarazem tragiczne.
A co Ona musi zrobić, żeby zrozumieć problem, którego teraz „nie ogarnia”? Kiedy patrzę na wykres i widzę te błyski tak wysoko w gęstościach – musi wcielić każdy jeden z nich. Bo to są konkretne emocje: zdrada przyjaciela, porzucenie, wykorzystanie, złamanie obietnic, utrata zaufania, miłość, która wykorzystuje, brak środków, samopoświęcenie i rezygnacja z czegoś naprawdę cennego dla siebie – życia, czasu, pasji – na rzecz innych, świata, obcych. Dopóki tego nie zrobi, zawsze będzie element samooszukiwania w stylu: „ja przecież daję, dbam, staram się”. Dlatego powiedziałem: „Tak, chcę zobaczyć rezultat”. Tak właśnie wygląda praca – w moim przypadku – między nami.
Bitwy zewnętrzne łatwo wygrać. Wewnętrzne są o wiele trudniejsze – czasem nawet trudno je zauważyć i zrozumieć, a co dopiero uwolnić i uzdrowić. Trzymam kciuki, bo znając życie, będę musiał być znacznie bardziej zaangażowany: wskazać Jej, pokierować Ją i zmaterializować U Niej. Tak, jak wiele razy ona mi wskazywała i pokazywała, ale nigdy nie zmaterializowała.
Zakończenie
Wygraliśmy bitwy – całą trylogię „Bogowie”, Lilię Metatrona i teraz Zegarmistrzów. Pozostali z tej grupy o niesamowitym wpływie duchowym w Uniwersach zaakceptowali mnie – jako jednego z nich, a to jest korzyść dla całego świata. Co z tego, jeśli wewnętrznie jednak coś pękło. I to nie jest zwykłe zmęczenie. To jest pęknięcie dokładnie na linii: człowiek – nasza wyższa jaźń.
Ten materiał jest surowy, gorzki i miejscami bolesny, ale jednocześnie pełen godności i jasności. Nie ma w nim litowania się nad sobą – jest za to ogromna prawda. W „Lilii Metatrona” powiedziałem wprost: „nie jestem już dostępny na tym samym poziomie”, „nie mam na to ani środków fizycznych, finansowych, ani czasu” i „chcę zobaczyć rezultat”. Niestety nawet na najwyższych poziomach ewolucji nie ma gotowych rozwiązań. Integralność musi iść aż do samego szczytu – włącznie z Przedwieczną. Więc jeśli ktoś mówi lub pisze, że na jakimś poziomie nie ma już wyzwań ani problemów, że jest tylko stan nieskończonej miłości i oświecenia – puknij go w głowę albo wyproś z domu i zamknij za nim drzwi. Wzrost świadomości i prawdziwej miłości naprawdę nie ma końca. A skoro nie ma końca, to oznacza jedno: drogę pełną wybojów.
Nikodem Marszałek
Kwiecień, 2026 r.
