Home Sesje i uwolnieniaZdejmij Jezusa z krzyża i przytul w końcu swój cień

Zdejmij Jezusa z krzyża i przytul w końcu swój cień

by nikom@tutamail.com
A+A-
Reset

Jest to unikatowa sesja. Bardzo metaforyczna, ale nie metafizyczna — bo to, co się w niej uwalnia, dotyka wszystkich nas: biologicznie, emocjonalnie i społecznie. Niezależnie od tego, czy ktoś jest osobą wierzącą, czy nie, czy traktuje postać Jezusa jako mesjasza i wcielonego boga, czy jedynie jako starszą duszę. W każdym wariancie jego historia pokazuje dualność obecną w każdym z nas: jasne i ciemne. To, co jego postać wniosła jako dobro, miało również swój cień — głęboki, ograniczający i kodujący.

Tę sesję konfrontujemy z historią Mileny. Historią, która dotyka tego, co działa na Ziemi: systemu społecznego, wychowawczego, karmy, winy i kary oraz historii naszych dusz. Praca jest trudna — technicznie wręcz ekstremalnie wymagająca, choć niekoniecznie będzie to widoczne na pierwszy rzut oka. To, co jednak staje się jasne, to konieczność dopuszczenia własnego cienia: wewnętrznego tyrana, który wyparty przez system społeczny, moralizacje, winę i karmę rodową, nie pomaga nam w życiu, bo jest oddawany na zewnątrz w postaci autorytetów, systemów i bogów.

Cień rozumiany nie jako „zło”, „agresja”, czy „to, czego się wstydzimy”, ale cień jako część człowieka, która niesie siłę, sprawczość i zdolność naruszania porządku. Dlatego ta sesja nie polega na „pokonaniu” tyrana ani na jego eliminacji. Polega na dopuszczeniu go do głosu, odebraniu mu funkcji wroga i przywróceniu mu miejsca w całości jaźni. Dopiero wtedy możliwa jest realna kreacja, a nie jej moralna imitacja. Ten zapis pokazuje moment, w którym cień przestaje być projekcją, a tyran przestaje być straszakiem. Nie dlatego, że znika – lecz dlatego, że zostaje rozpoznany, osadzony w ciele i włączony w odpowiedzialność. Bez tego kroku każda „lekkość”, „światło” i „uzdrowienie” pozostają tylko kolejną formą ucieczki.

U ludzi to wyparcie — brak pracy z osobistą i duchową historią — prowadzi do przeniesień. Wzmacnia działanie części subtelnych, które robią to, na co człowiek świadomie nigdy by się nie odważył. A mówimy tu dopiero o karmie niższej. Pozostaje jeszcze karma wyższa — historia naszych dusz.

Zapraszamy, bo to uwolnienie jest również moim osobistym prezentem dla wszystkich nas. Miłego czytania i pracy.

Początek

Email:

Chciałabym rozwiązać temat historii mordu w rodzinie oraz brania na siebie odpowiedzialności i winy za ten czyn. Co ciekawe, astrologia mówi o Pannach, że mogą brać na siebie zbyt dużo odpowiedzialności — co w moim przypadku się zgadza i co dopiero niedawno zaczęłam zauważać.”

Milena: Cześć. Musi być grubo, bo czuję ogromny ciężar emocjonalny. Jest rozpacz.

Nikodem:

Dwa wykresy: ciała i duszy oraz pole rodowe (PR).
Na dole dusza. Na ciele II są cząstki — przygotowane do uwolnienia, ciało już je wyrzuciło. Na dole PR — pole rodowe matki i ojca, całych linii przodków. Cztery główne zbiory: zadana śmierć, gwałty, manipulacje, kłamstwa i kradzieże. Tworzą jeden potężny zbiór katów, psychopatów, szaleńców, lekkoduchów i zwykłych ludzi wykorzystujących cudzą naiwność.

Ten zbiór jest tak silny, że jego cząstki unoszą się przez całe pole rodowe. W ten sposób powstaje mechanizm przyciągania ofiar do rodu: osób, które przez poczucie winy zapisane w ich części subtelnej lub w duszy wibrują potrzebą zadośćuczynienia i „wyrównania” czynów przodków. Oczywiście wszystko to zachodzi w korelacji z własną historią wcieleniową (niższa karma) oraz historią duszy (wyższa karma). Jest to klasyczne działanie systemu metatronowego winy i kary — ciche, samonapędzające się i trudne do zauważenia bez wejścia w strukturę całego systemu.

Milena: U nas w rodzie wszyscy mamy choroby mózgu.

Nikodem: To się zgadza z odczytem.

Dalej widać linię życia — ale nie czystą. Jest zaburzona przez twój wpływ psychiczny i podświadomy. Nie jest to kreacja, raczej fluktuacja emocjonalna: ogień, chaos, straty. Ta „kula emocji” oddziałuje na rzeczywistość, tworząc pętle. Zaznaczyłem sześć kluczowych punktów: wybuch, spalenie, ciszę po burzy i zamknięcie cyklu. Punkt pierwszy i szósty są tym samym — cykl się powtarza.

To wszystko było wcześniej jedynie przesuwane, a nie uwalniane. System Metatrona pilnował, by mechanizm działał sprawnie, ale jednocześnie dbał o to, żeby same zbiory pozostały nienaruszone. Widać to szczególnie w Ustawieniach Hellingera, gdzie przesuwa się „zębatki”, odwraca „dźwignie” i zmienia pozycje w polu, ale same zbiory – z całą swoją pamięcią emocjonalną, traumą i przemocą – nadal pozostają w rodzie. To, co tutaj pokazuję, to realne uwolnienia, które dotykają całego rodu, ponieważ uwalniane są same zbiory. Innymi słowy: suwnice niosące pamięć emocjonalną rodu zostają opróżnione, a nie tylko przestawione w inne miejsce struktury.

A linia życia, mówi o tym, co wpływa na twoje życie i los, ale też o tym, co ty sama robisz. Nie nazwę tego szaleństwem ani zaburzeniem. U większości ludzi są takie spadki, zwroty, zapętlenia — tak pracuje ta planeta. Ale tutaj coś trzeba będzie wypiąć. Zaczniemy od gotowych już zbiorów na ciele eterycznym. Bardzo dobrze, że wcześniej pojawił się temat karmy rodu i twojego poczucia winy — brania na siebie tego, co należy do innych.

To, co analizuję, jest unikatowe, ale to efekt ponad dwudziestu lat badania systemów: wpływu, struktur, mechanizmów. Nauczyłem się obserwować, co oddziałuje na człowieka poza jego wzorcami i przekonaniami. To, co teraz widzisz, to połączenie wszystkiego: podświadomości, psychiki, umysłu, szczątkowych i nieświadomych kreacji wewnętrznych z tym, co zewnętrzne — odciskane przez ród, systemy, planety, całe układy.

Niestety punkty 2 i 5 są bardzo niszczące dla twojego otoczenia. To są wybuchy.

Milena: Da się coś z tym zrobić?

Nikodem: U ciebie jest góra i dół. Trochę jak mania.

Milena: Tak. Dwie mocne skrajności.

Nikodem: Dlatego chcemy zobaczyć, ile z tego pochodzi z rodu i jak bardzo ten ród jest aktywny. Stąd pierwszy odczyt pola rodowego. Musimy nałożyć analizę pola rodowego na tę fluktuację i zobaczyć, ile z tego zostanie.

[Tutaj piszę, ale tak naprawdę cały czas – w głowie i w ciele – analizuję wynik odczytów, historię Mileny oraz to, co już o niej wiem.]

Milena: Mam wrażenie, że jestem jak odkurzacz. Wsysam wszystko. Dlatego tyję i puchnę — żeby to pomieścić.

[Tutaj już w pierwszym zdaniu Milena mi podpowiada i pomaga – to ważne, bo planu pracy jeszcze nie ustaliłem. Sam nazywam to „inteligencją w ruchu”. Czasem idę za tymi „podpowiedziami”, a innym razem trzymam własną linię, która zaczyna podciągać drugą osobę.]

Nikodem: Człowiek niestety jest taką istotą, że wszystko na niego wpływa: planety, wibracja otoczenia, sama Ziemia, zachowania bliskich, wpływy rodzinne, cykl hormonalny. Tego jest ogrom. A do tego dochodzi część subtelna, dusza i realizacja planu wcieleniowego czy karmicznego.

Cytuję: „Mam wrażenie, że jestem jak odkurzacz. Wsysam wszystko. Dlatego tyję i puchnę — żeby to pomieścić.” → to wszystko już wiesz. Więc logiczne pytanie brzmi: skoro puchniesz, żeby to pomieścić — to po co robisz to, co robisz?

Milena: I tu pokazuje mi się Jezus na krzyżu. Bardzo subtelny obraz, ale jest.

[Tutaj kalkuluję w głowie, czy pójść drugi raz za podpowiedzią i odpowiedzią Mileny. Ponad dwudziestoletnie doświadczenie podpowiada mi, żeby to zostawić i pójść za tym, co napisała.]

Nikodem: Archetyp, który zostawił: biorę grzechy tego świata na siebie. Co ty bierzesz?

[Proszę pamiętać: to wciąż jest początek pracy. Plan dopiero się układa. Równolegle stawiam nową szachownicę i gram w rozkład Mileny.]

Milena: Wszystko. Żeby zadośćuczynić.

Nikodem: Idziesz za swoim mistrzem i panem — Jezusem. [No to jedziemy, wzmacniam.]

Milena: Za siebie, za bliskich, za przeszłość i za przyszłość. Na to wygląda.

Nikodem: O jego historii pisałem w Cieniu bogów i teraz w Zmierzchu bogów. Jako monada i dusza nie skończył dobrze. Jak się czujesz na tym krzyżu?

Milena: Chujowo. Skóra mnie aż boli.

Nikodem: Krzyż już się ugina pod twoim ciężarem. Ale mam pytanie do twojej podświadomości. Skoro ty puchniesz, żeby pomieścić — to co zrobił Jezus, że był taki chudy, a wziął przecież „grzechy całej ludzkości”?

Milena: Ha! Nie był sam i nie był głupi. [Ciekawa odpowiedź.]

Nikodem: Nie był sam?

Milena: Taki cwaniak trochę. Piszę, co przychodzi. Niby sam, niby biedny — ale to była maska. Nabierał ludzi. Fałszywy prorok.

Nikodem: Pisałem o tym w Zmierzchu bogów.

Milena: On jakoś obciążał innych. Dlatego nie tylko…

Nikodem: Zrobił coś karygodnego. Coś, co zbudowało jego pozycję, ale jednocześnie zapieczętowało moc sprawczą każdego człowieka. Cała ta filozofia jest opisana w Cieniu bogów i Zmierzchu bogów. Nie będę tu wchodził w polemikę ani filozofowanie. On już zapłacił cenę za swoje zachowanie.

Milena: Tam jest coś dziwnego. Trochę sadomasochistycznego…

Nikodem: To, co załamało jego monadę i duszę, to jedno słowo: poświęcenie, samopoświęcenie. To jest słowo klucz. Nie ma miłości bezwarunkowej ani żadnej miłości tam, gdzie jest samopoświęcenie rozumiane jako ofiarowanie siebie dla kogoś, po coś. Czy mówimy o emocjach, karmie, grzechu, innych ludziach – nie ma miłości w ofierze. Jak ktoś się nad tym naprawdę zastanowi, to go to zmiażdży.

Milena: Podejście do cierpienia…

Nikodem: Więc jeśli się ofiarujesz i puchniesz, to jaki zysk próbujesz osiągnąć? Czego chcesz doświadczyć?

Milena: To jakieś fałszywe przekonanie o zbawieniu, wybawieniu, wolności. Chyba wniebowstąpienia. Tak przychodzi. Tak jak Jezus wziął tego jednego z łotrów ze sobą. Czy coś w ten deseń.

Nikodem: A co robią bodhisattwowie buddyjscy? Dokładnie to samo co krzyż. Tylko mniej w tym filozofii. Bierzesz emocje rodu, przodków. Wierzysz, że ich karma i uczynki mają bezpośredni związek z tym, co ty zrobiłaś w innych wcieleniach.

I teraz nie robisz tego już dla ludzi. Nie nosisz ich dla Jezusa, dla zbawienia. Robisz to, bo twoja dusza i ty miałyście ogromne poczucie winy za swoje „zło”, za „przeszłość”. [Łącze skrajności, bo zawsze zaczyna się od nas.]

To ile jeszcze musisz nosić w sobie, żeby cokolwiek się zmieniło?

Milena: Myślę, że to by się nigdy nie skończyło. Jak znak nieskończoności.

Nikodem: Ile jeszcze musisz wziąć? Spuchnąć?

Milena: Nie znam odpowiedzi.

Nikodem: Ale co w tobie nakazuje ci to robić? Jakie to uczucie? Jaka emocja?

Milena: Czuję się winna.

Nikodem: Jak większa część ludzkości. Winna. Zła. Co jeszcze?

Milena: Chciałabym odpokutować. Sprawić, żeby to miejsce było lepsze. Lżejsze.

Nikodem: Co jeszcze?

Milena: Ktoś we mnie wierzy… Krzyż na plecy i będzie zbawiony.

Nikodem: Taki jest archetyp.

A jeśli to do niczego nie prowadzi? Jeśli to był tylko biały sposób na ściągnięcie do siebie jak największej ilości istot: wcieleń, dusz, a nawet monad? To dokąd idziesz?

Milena: Boję się być zła. Boję się niszczyć. Nie chcę tego robić. To chodzenie w kółko.

Nikodem: I dlatego potrzebujesz krzyża. Żeby się unieruchomić. Przybić. Obciążyć. Bo wtedy nic nie możesz zrobić. A skoro nic nie możesz zrobić – nie możesz też niszczyć.

[po chwili]

Milena: Tak.

Nikodem: I nie jesteś w tym sama. Wielka dusza, taka jak Sandalfon, wielka istota, zrobiła dokładnie to samo – dla ciebie jako Jezus. Poświęcili się, żeby zbawić. Czyli masz nauczyciela, opiekuna, archanioła, boga, który przeszedł tę samą drogę. Nawet jeśli nigdy go o to nie prosiłaś. Twoje działanie ma więc większą skalę i siłę, bo powtarzasz jego ścieżkę.

Milena: Nie rozumiem.

[Dlaczego Milena nie zrozumiała? Bo mówiliśmy z dwóch różnych poziomów. Milena była „w środku”, w procesie, w doświadczeniu ciała i emocji. Ja mówiłem z poziomu metarefleksji.

Ja operowałem strukturą: archetyp → wzorzec → powtarzalność → wzmocnienie pola. Dla niej brzmiało to jednak jak: „Ktoś zrobił to dla mnie”, „Ktoś się poświęcił z mojego powodu”.

A to uderzyło dokładnie w jej główny problem: poczucie winy i odpowiedzialność za cudzy ciężar.
Jej wewnętrzna reakcja była mniej więcej taka: „Jak to
dla mnie? To ja znowu jestem powodem czyjegoś cierpienia?”.

W tym momencie Milena była jeszcze w pozycji ofiary zbawianej, nie obserwatorki wzorca. Była w emocjach, w poczuciu winy, w zapętleniu: „nie chcę niszczyć”. Nie było jeszcze dostępu do perspektywy: „to jest systemowy wzorzec, a nie osobista historia”.

Ja widziałem już linię archetypiczną, powielanie schematu i działanie pola zbiorowego.
Ona jeszcze nie.

Słowo „dla ciebie” zadziałało jak zapalnik. Logicznie miałem rację, ale semantycznie to zdanie było dla niej zbyt ciężkie. W jej świecie „ktoś zrobił coś dla mnie” znaczy: „ktoś zapłacił za mnie cenę”. A Milena — zresztą jak każdy z nas — przez całe życie próbuje nie być ciężarem, nie niszczyć, nie powodować cierpienia.

Jej „Nie rozumiem” było momentem tuż przed uświadomieniem pętli. W dalszej rozmowie sama dochodzi do tego, że: to jest pętla, to się nie kończy, to jest nieskończoność, to jest mechanizm, nie misja. Na tym etapie jej ciało i system nerwowy nie były jeszcze gotowe zobaczyć, że to nie „święta droga”, tylko pułapka. Dlatego to „Nie rozumiem?” było dokładnie tam, gdzie miało być. Zaraz potem następuje konfrontacja z własnym tyranem, zaczyna się widzenie, że niszczenie już się dzieje — i że krzyż nie chroni, tylko więzi.

Najlepiej sobie całą pracę wydrukować i studiować.]

Nikodem: Mówisz: boję się być zła, boję się niszczyć, nie chcę tego robić. A twój stan (5) i (2) – co robi? [Przypominam o polu fluktuacji i linii życiowej, że proces destrukcji już realnie zachodzi w jej życiu.]

Milena: Niszczy.

Nikodem: A stan (3) przechodzący w (4)? Czym jest, jeśli nie fazą niszczenia?

Milena: Niszczę, żeby odpokutować… i tak w kółko?

Nikodem: Niszczysz, żeby emocje miały ujście. Masz magazyn o określonej pojemności. Ty wkładasz do niego ponad miarę. Nie ma już miejsca, ale dalej upychasz.

[To jest ważny moment, bo mogłem odpowiedzieć inaczej — tak, by nastąpiła utrata sensu cierpienia. Na przykład: „Pokuta działa tylko wtedy, gdy ktoś ją przyjmuje. Kto ją u Ciebie przyjmuje? Ofiary? Kat? Bóg? Ród? Czy tylko twoje poczucie winy?”. Kilka takich pytań pokazuje, że nie ma drugiej strony umowy, a system jest zamknięty w niej samej.

Albo jeszcze inaczej: „Nie niszczysz, żeby odpokutować. Niszczysz, bo nie wolno Ci żyć lekko. Pokuta jest tylko uzasadnieniem dla kary, którą sama sobie wymierzasz”. Wtedy ciężar przesuwa się z „czynu” na „zakaz życia”, a to naturalnie rodzi pytanie: „Kto Ci tego zabronił?”.

Odpowiedziałem jednak bardziej opisowo i metaforycznie, bo czułem, że muszę dać Milenie chwilę — zamiast dokładać kolejne pytanie, na które w tym momencie i tak nie padłaby odpowiedź.

Właśnie dla takich komentarzy warto sobie drukować niektóre sesje i studiować, pracować z nimi/nad nimi.]

Milena: Rozumiem.

Nikodem: Bo nie zmusza cię tylko poczucie winy. Zmusza cię lojalność wobec ofiar – tych, których skrzywdzili członkowie twojego rodu. Oni niszczyli, grabili, zabijali. Czyli dokładnie to, czego sama się boisz: „boję się być zła, boję się niszczyć”. Więc idziesz białą drogą: pokuty, winy i kary. To jest klasyczna karma.

Milena: Rozumiem.

Nikodem: A co jest po drugiej stronie niszczenia, destrukcji, walki?

Milena: Sprężystość, lekkość, ruch. [Mechanizm obronny, który wyjaśnię za chwilę.]

Nikodem: Nie.

Milena: W jakim sensie?

Nikodem: Po drugiej stronie niszczenia, destrukcji i walki jest kreacja. Życie. Nowe. Tworzenie.

Milena: Dla mnie to właśnie sprężystość, lekkość i ruch. Ja szczupła, lekka, idąca sprężystym krokiem. Do przodu, do życia.

Nikodem: Ale jeśli mówisz „boję się niszczyć”, to jednocześnie mówisz „boję się tworzyć”. I to jeszcze mocniej wbija gwoździe, które trzymają cię na krzyżu.

Milena: Ja po prostu boję się być złym człowiekiem. Trudno mi przyjąć, że byłam zła, bo to jest złe. Masło maślane, ale…

[Odpowiedź Mileny jest mechanizmem obronnym. Cytuję: „Dla mnie to właśnie sprężystość, lekkość i ruch”. Na poziomie słów brzmi to jak zgoda. Na poziomie procesu – to ominięcie punktu zerowego. Dlaczego? Ja mówię: destrukcja → pustka → kreacja, czyli o przejściu przez brak, przez „nie wiadomo”, przez moment bez oparcia. Milena odpowiada: lekkość → ruch → życie, czyli przeskakuje pustkę i natychmiast ląduje w obrazie: „ja już idę, ja już żyję”. To typowa obrona przed bezruchem, ciszą, momentem: „nic nie robię i nie wiem, kim jestem”.

Sprężystość” Mileny nie jest tu jeszcze kreacją – nie w tym momencie pracy. To ucieczka od zatrzymania. Dlatego moja stanowcza odpowiedź: „Nie” była tak ważna. Milena nazwała efekt, a nie warunek powstania efektu. Sprężystość, lekkość i ruch pojawiają się po integracji destrukcji, a nie zamiast niej.

Kolejne zdanie Mileny: „Boję się być złym człowiekiem”. Nie powiedziała: „Nie boję się niszczyć świata – boję się zobaczyć, że już mam w sobie zdolność niszczenia”. Ciągle jest tu wyparcie faktu oraz odczytu fluktuacji. „Sprężystość” spełnia w tym miejscu rolę biologicznej wizji zdrowia, obrazu „dobrej wersji siebie”.

Moja odpowiedź: „Jeśli boisz się niszczyć, boisz się też tworzyć” uderza dokładnie w sedno, bo pokazuje paradoks: odcinając destrukcję, odcina się również źródło mocy – a wtedy kreacja pozostaje tylko wyobrażeniem.

Odpowiedź Mileny była jednak potrzebna na tym etapie. Dzięki niej, chwilę później, zaczyna widzieć pętlę, krzyż i własnego tyrana.]

Nikodem: Nazwijmy to wprost: Tyran i Mądry Król.

Milena: Właśnie. Ciężko mi pojąć, że to może współistnieć.

Nikodem: Teraz nie masz ani jednego, ani drugiego. Jesteś w zawieszeniu. Wypełniona białymi postawami i białymi energiami. Przybita do krzyża, który już się ugina.

[W tym miejscu świadomie przywracam uwagę do pustki – stanu „pomiędzy”. Do momentu bez Tyrana i bez Mądrego Króla, bez tożsamości, bez ruchu. To jest dokładnie ten punkt, przed którym Milena uciekała, nazywając go „sprężystością i ruchem”.]

Milena: Już mi się chce tym rzygać. [Reakcja ciała. Brawo.]

Nikodem: I to, z czym walczysz, nie jest już mechanizmem obronnym. To zapętlenie. Człowiek krąży po nim w kółko. I tak to trwa.

Milena: Dokładnie tak to czuję. Krążenie wokół własnego – a w moim przypadku też cudzego – gówna.

Nikodem: Dlatego Ziemia jest jedną z trzech najbardziej spaczonych planet społecznie w wielu Wszechświatach. [To jest spore osiągnięcie.]

Milena: Aha…

Nikodem: I co najgorsze – wielu tego nawet nie widzi. Dusze nie rozumieją. Części subtelne nie rozumieją. A potem człowiek też nie, bo poczucie winy i strach przed własną siłą zasłaniają rozum [Przypominam o koszcie ucieczki od siebie i noszenia białych postaw.]

Milena: We mnie strach przed siłą też jest. Przed widzeniem. Przed czuciem.

Nikodem: Dlatego ludzie wybierają ścieżki zakonne, mnisią, buddyjską albo drogę krzyża. Wierzą, że praktyka uśmierzy ból, że zmieni ich samych, że wina zniknie.

Milena: Jakbym się bała, że swoją siłą też kogoś skrzywdzę.

Nikodem: Tylko że nic nie znika. Nic się nie zmienia.

Milena: To jak znak nieskończoności.

Nikodem: Koło toczy się dalej. Tak samo. Tylko zbiory bólu, winy i cierpienia – białe i ciemne – rosną.

[W ostatniej wymianie Milena przestaje tłumaczyć, analizować, bronic się. System obronny puszcza na tyle, że pole zaczyna mówić samo. To nie jest jeszcze integracja – to moment zgody na zobaczenie. Dlatego dalej będzie tak przełomowy moment, bo mamy gotowość do konkretów.

Pierwsza część sesji zawsze przebiega na poziomie intelektu. To rozciąganie mechanizmów obronnych, poszerzanie horyzontów i świadomości, konfrontacje, rozbijanie gotowych narracji i uzasadnień. Na tym etapie nie chodzi o „czucie”, tylko o to, by system przestał mieć gdzie się chować. Następnie następuje wejście w sam środek. W punkt, który wcześniej był omijany, racjonalizowany albo zasłaniany ideą, winą, duchowością czy „dobrą postawą”. Dopiero wtedy możliwa jest realna praca z ciałem, wzorcem, esencją kodu.]

Zapisz ten wykres na boku. I dotknij największego zbioru.

Milena: Tu się obraz pokazał.

Milena: Widzę ludzi uwięzionych w lochach.

Nikodem: Jakie tam są emocje?

Milena: Niesprawiedliwość. Ci ludzie byli niewinni. Rozpacz. Niezrozumienie.

Nikodem: Teraz drugi zbiór, trochę mniejszy.

Milena: Straty mężów, braci, ojców. Rozpacz, szloch. Wielkie straty rodowe.
To mnie bardzo ruszyło, popłakałam się.

Nikodem: Jeszcze wyżej.

Milena: Niepełnosprawność. Choroby psychiczne.

Nikodem: Ruchowa, umysłowa. Jeszcze wyżej.

Milena: Poronienia, straty dzieci, nowotwory.

Nikodem: Wróć teraz do największego zbioru i powiedz: zapraszam katów tego zbioru, tych, którzy się do tego przyczynili.

[Pamiętajmy: Milena jako pierwsze połączyła się z ofiarami. To ważne. Mimo że w analizie jasno zaznaczyłem, że ten zbiór dotyczy katów: sprawców, zbrodniarzy, psychopatów, manipulatorów — jej percepcja automatycznie zeszła w stronę ofiar. To nie był błąd ani brak zrozumienia. To był dokładny objaw wzorca: identyfikacji z ofiarą jako formy kontroli destrukcji w sobie. Bezpieczniej jest czuć niesprawiedliwość, rozpacz i krzywdę niż zobaczyć, że źródło pola znajduje się po stronie sprawcy — również wewnętrznego.]

Milena: Pokazuje się Norymberga. Idą powoli, jeden dołącza do drugiego.

Nikodem: Usiądź obok nich, na ławkach skazańców. [Odbieram tutaj rolę obserwatora i prowadzę do roli uczestnika. Zabrałem bezpieczny dystans i pozwoliłem odczuć odpowiedzialność.]

Milena: Ciasno tam. [Idealna reakcja, bo ofiary, kaci, ona sama nie są już w oddzielnych „sektorach” psychiki].

Nikodem: Jak się tam czujesz?

Milena: Oni są ciemni, a ja jasna. Jakbym tam nie pasowała. Jestem tam raczej z ciekawości.

[To zdanie było mechanizmem obronnym. Rozszczepienie („oni ciemni – ja jasna”) i racjonalizacja („z ciekawości”) zabezpieczały Milenę przed zobaczeniem, że pole kata nie jest całkowicie zewnętrzne. Obrona była potrzebna — jeszcze chwilę wcześniej krzyż z postacią Jezusa trzymał całą strukturę tożsamości.]

Nikodem: A mówiłaś, że boisz się być zła i niszczyć.

Milena: Tak, ale…

Nikodem: To stań obok nich i powiedz: zapraszam swojego tyrana, niszczyciela. Niech usiądzie tam, z nimi.

Milena: Pokazał się mój ojciec, ale on jest w tym samym kolorze co ja. Też chudy. Młodszy.

Nikodem: Tyran kojarzy się męsko, bo taki wzorzec zostawił Metatron jako niszczyciel JHWE. Popatrz na swojego tyrana. Powiedz coś do niego.

[Dlaczego pojawił się ojciec? Psychika nie idzie po abstrakt. Idzie po pierwszy realny nośnik tyranii, jaki zna. Dla Mileny ojciec to: pierwsze doświadczenie władzy, pierwsze zetknięcie z męską siłą, pierwszy model sprawczości (lub jej braku), pierwszy punkt, w którym „czyjaś siła” realnie wpływała na jej życie. Nie oznacza to automatycznie, że ojciec był tyranem. Oznacza to, że jego obraz stał się nośnikiem energii tyrana w jej psychice.

Dalej.

On jest w tym samym kolorze co ja”. To zdanie jest kluczowe. Ten sam kolor oznacza brak rozdzielenia na: dobry – zły, jasny – ciemny, ofiara – kat. Milena nie widzi w nim potwora, a skoro nie widzi potwora, nie może jeszcze zobaczyć tyrana. Na Ziemi, szczególnie u osób z silnymi białymi postawami, tyran musi być „czarny”, „brudny”, „obcy”. Jeśli ktoś jest jasny, chudy, ludzki – nie pasuje do tej roli. Wewnętrzna logika brzmi wtedy: „to nie może być tyran, bo nie wygląda jak tyran”.

Chudość: brak masy, brak ciężaru, brak „ciała władzy”. Młodszy: cofnięty w czasie, pozbawiony pozycji ojca-autorytetu, bardziej chłopiec niż władca. Psychika robi tu dwie rzeczy jednocześnie:
– rozbraja obraz tyrana, żeby nie dopuścić do jego integracji,
– chroni ojca przed przypisaniem mu siły niszczącej.

To nie jest analiza – to lojalność dziecka wobec rodzica.

Kiedy zapraszam wewnętrznego tyrana (energię niszczenia i sprawczości), Milena pokazuje obraz ojca. Nie widzi go jeszcze jako części siebie, bo nadal widzi go na zewnątrz – w relacji – i natychmiast go „koloruje”. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby nic się nie wydarzyło, jakbyśmy stali w miejscu.

A jednak wcześniej tyran był całkowicie abstrakcyjny („boję się niszczyć”) i całkowicie wyparty („nie chcę być zła”). Teraz pojawia się historia, konkretny obraz, relacja i ciało (chudszy, młodszy). W ten sposób psyche zaczyna materializować cień.

Ten etap wymagał tyrana oswojonego, ludzkiego, „niewystarczająco strasznego”. Dzięki temu proces mógł pójść dalej. I rzeczywiście – chwilę później pojawia się drugi etap: chochlik, diabelska twarz, macki, niepokój. Dopiero wtedy cień może zostać zobaczony bez ucieczki.]

Milena: Pokazała się diabelska twarz. [Mamy to!]

Nikodem: Mów do niego. Poczuj go.

Milena: Pytam, kim jest.
Odpowiada: kimś, kto mnie nigdy nie zostawi w spokoju. Ma macki.

Nikodem: Oczywiście. Uciekasz od niego, boisz się, czyli boisz się tej części siebie. Tego cienia.
A skoro mówi coś sensownego, to jak to jest?

Milena: On nie wygląda jak tyran. Bardziej jak chochlik. Ktoś, kto chce coś zepsuć.

Nikodem: Tyran ma wiele oblicz. Więc przed czym tak naprawdę uciekasz?

[Diabelska twarz plus chochlik – to jest przełom. Tyran przestaje być abstraktem („boję się niszczyć”), projekcją na innych (ojciec, system, historia) ani czystym lękiem bez formy. Pojawia się postać, ale nie monumentalna. Nie Sauron, nie kat, nie władca. Tylko chochlik. Psotnik. Sabotażysta. Ktoś, kto „chce coś zepsuć”. I to jest dokładnie to, czego Milena boi się najbardziej – nie wielkiego zła, ale drobnego niszczenia, sabotażu, psucia „porządku”, rozbijania iluzji dobra. To nie jest cień heroiczny ani monumentalny, tylko cień codzienny. I właśnie dlatego jest trudniejszy do przyjęcia.

Cień mówi: „kto mnie nigdy nie zostawi w spokoju”. To zdanie jest kluczowe. Tyran nie mówi: „zniszczę świat”. Mówi: „będę tu zawsze”. Czyli nie jest wydarzeniem, epizodem ani czymś, co da się wypchnąć. To stała funkcja psychiki. Energia sprawczości, która domaga się miejsca. Im bardziej jest wypierana, tym bardziej wraca, czepia się, męczy i prowokuje.

Co ważniejsze – nie wygląda jak tyran. To ostatnia linia obrony. Milena próbuje jeszcze powiedzieć: „to nie to”, „to za małe”, „to niepoważne”, „to nie pasuje do obrazu tyrana”. Jeśli to tylko chochlik, to może da się go zignorować. Może nie trzeba brać za niego odpowiedzialności. Może nie trzeba go integrować.

I wtedy pada moje pytanie: „Więc przed czym tak naprawdę uciekasz?”.

To pytanie zamyka wszystkie drogi ucieczki. Bo jeśli nie przed potworem, nie przed ojcem, nie przed historią i nie przed systemem, to zostaje tylko jedno: ucieczka przed własną zdolnością do naruszania, psucia i rozbijania tego, co „dobre”, „święte” i „porządne”. Czyli przed własną mocą.

Chochlik Mileny nie jest tyranem w sensie władzy nad innymi. On mówi coś innego: nie będę grzeczna, nie będę dźwigać cudzego, nie będę się poświęcać. Zniszczę to, co mnie niszczy.

A macki? Symbolika macek jest prosta, bo sięgają tam, gdzie Milena próbowała być wyłącznie dobra, jasna i niewinna. Tam, gdzie nie było miejsca na sprzeciw, gniew i rozpad. Dopiero w tym momencie integracja staje się możliwa: tyran jako siła, niszczenie jako rozpad starego, chaos jako warunek kreacji. Cień przestaje być wrogiem, a zaczyna być źródłem mocy.

Ten etap nie byłby możliwy, gdybym sam nie przeszedł ponad dwudziestoletniej drogi pracy z cieniem, tyranią i władzą.]

Milena: Ja tyle tego wchłonęłam, że nie wiem, gdzie się zaczynam ja, a gdzie są emocje innych ludzi.

Nikodem: Teraz już to widzisz. Ale Sandalfon, Metatron, Lucyfer i Jan wiedzieli jedno: że dusze dadzą się złapać, jeśli uciekną od siebie choćby przez najmniejsze poczucie winy. Dlatego zbudowali system: prawo, karmę, grzech, zbawienie i oświecenie, religię, ofiarę i kata. Cień bogów i Zmierzch bogów demontują ten system i ich samych.

Ale na co teraz narzekasz?

Milena: Sama nie wiem…

Nikodem: Weź odpowiedzialność za to, kim byłaś. Za to, co zrobiłaś, straciłaś, za głupoty, za cień. Weź odpowiedzialność za swojego tyrana.
Bo inaczej będziesz lądować w takich światach bez końca. A jak bez końca, to bez wyjścia. Zawsze ktoś cię poprowadzi, bo boisz się siebie. To twoje zadanie. A pamiętaj – poczucie winy duszy jest sto razy silniejsze niż to ludzkie.

Milena: Więc jak zrobić, żeby to naprawdę zabrzmiało, żeby cała moja istota to poczuła?

Nikodem: U ciebie dusza już dawno puściła. Zostałaś ty.
Zamknij oczy. Przyjmij tyrana. Powiedz mu, że dajesz mu uwagę. On wtedy odda ci siłę. A ty ją skanalizujesz w kreację. To jest zasada. Prosta.

Zamiast tej prostoty – Metatron, Sandalfon, Lucyfer… i całe tysiące lat komplikowania. Tworzyli religie, chore filozofie, kłamliwe metody społeczne i duchowe, a przede wszystkim stworzyli cały system sztucznej zależności – społeczności oparte nie na tym, co rzeczywiście działa i służy życiu. A prostota jest najważniejsza i zawsze była na wyciągnięcie ręki.

Przytul tego tyrana. Nie tupaj nogą. Nie próbuj go naprawiać ani zmieniać. Niech będzie taki, jaki jest – z całą krwią, złem, przeszłością, impulsami. Przytul go. Daj mu uwagę.

W pewnym momencie rozwoju osobistego i duchowego musi nastąpić to spotkanie: starcie i połączenie w jedno JA, w jedną JAŹŃ. Nie ma innej drogi. Większość ludzi nawet nie dochodzi do początku tej drogi – unika, ucieka, szuka skrótów.

I tutaj właśnie wchodzą te tysiące metod duchowych, praktyk, używek, technik – żeby uciszyć, żeby jeszcze chwilę nie spotkać siebie.

Milena: Jak to wygląda?

Nikodem: Powiedz: „tyranie, puszczamy to, co wzięliśmy obcego. Już nie muszę oblepiać ciebie cudzymi emocjami i problemami”. [Proces wygląda teraz jak scalanie wewnętrznego dziecka – z tą różnicą, że energia, z którą pracujemy, jest tysiąc razy większa, silniejsza i realnie sprawcza.]

Milena: Już.

Nikodem: Nabierz głęboko powietrza i wypuszczaj je powoli.

Milena: Już.

Nikodem: Dalej: „tyranie, pomóż mi uwolnić to, co oblepiało. Te białe pieczęcie wokół ciebie. Rozpuszczamy je”. [To jest moment przejścia: z separacji („puszczamy”) do integracji („pomóż mi”). Tyran przestaje być przeciwnikiem, zaczyna być zasobem.]

Milena: Powiedziałam.

Nikodem: Daj mu coś powiedzieć. Bo kiedy go dopuszczasz, przestajesz być małą dziewczynką szukającą opieki i ojca. Zaczynasz być Mądrym Królem.

Dodaj: „Mimo tego, jaka byłam i co robiłam, mogę kochać siebie i dawać sobie miłość. Mogę istnieć bez oddawania siebie w ocenę i karę”.

I dalej: „Mimo tego, kim byłam, nie muszę patrzeć na krzyż i dziękować Jezusowi. Mam w sobie siłę i moc, żeby być najlepszą wersją siebie. Mam swój rozum i swoje uczucia, z których korzystam. Mogę wyjść z drogi poświęcenia i samopoświęcenia, bo są skuteczniejsze drogi. Jedna z nich to ta, na której już jestem”.

Jak czuje się z tym ciało?

Milena: Nie jestem pewna. Kiedy powiedziałam to trzeci raz, zaczęłam płakać.

Nikodem: Tak. Pojawiła się ulga.
Teraz dodaj: „Dziękuję Jezusowi i jego archetypowi za to, czego mnie nauczył. Ale teraz jestem na tyle dorosła, że sama decyduję – tak samo jak moja dusza – co robię z uczuciami, sobą i swoją historią”.

Milena: To powiedziałam już z większą pewnością.

Nikodem: Bo pojawiła się przestrzeń. A przestrzeń wypełniamy nowym. To odbiera innym prawo „wiszenia” na tobie przez twoje poczucie winy – czy to ludzkie, czy duszy. To jest powrót do siebie.

Jezus nie miał prawa zrobić tego, co zrobił. Na jeszcze wyższym poziomie – poziomie karmy monad – wytworzył ogromną pętlę, która obcięła istotom ich moc sprawczą, przenosząc ją na zewnętrzny akt poświęcenia i zastępczego cierpienia. O tym właśnie jest artykuł, który do dziś wywołuje największy opór u ludzi, bo uderza w fundament całego systemu: w pojęcie ofiary, w fałszywie rozumianą miłość bezwarunkową oraz w ideę zbawienia przez cudze cierpienie. Piszę o tym szerzej w opracowaniu „O różnych rodzajach miłości i miłości bezwarunkowej” oraz w Poza Dualnością, rozdział 31: „O miłości, poświęceniu i współwinie” – być może najważniejszym tekście, jaki napisałem.

[Dlaczego pojawiły się łzy przy trzecim powtórzeniu. To, co zostało wypowiedziane, nie było wzruszające. To ciało puszczało kontrakt. Pierwsze dwa powtórzenia były mentalne. „Mówię, bo mam powiedzieć”, „Nikodem poprosił”. Za każdym razem jednak ciało sprawdzało: czy to mi wolno, czy mogę to powiedzieć, czy ktoś mnie za to nie ukarze. I to jest kluczowe, bo dokładnie tak działa system Metatrona i jego nieświętej świty – te programy są głęboko zakodowane w podświadomości zbiorowej.

Dopiero trzecie powtórzenie dotknęło układu nerwowego. Pojawiło się realne odczucie: „to ja naprawdę mogę”, „to jest dozwolone”. Łzy nie były smutkiem. Były rozpadem napięcia, które trzymało krzyż. To była ulga.

Dlaczego „dziękuję Jezusowi” jest w tym miejscu tak ważne. Gdybym poprosił o „odrzucenie krzyża”, to by nie zadziałało. Nikt nie ma szans z taką siłą archetypiczną i podświadomą. Nie ma „mocnych” na ten wzorzec, zwłaszcza gdy ktoś urodził się w kulturze tak głęboko zanurzonej w chrześcijaństwie, winie i samopoświęceniu. Odrzucenie byłoby kolejnym aktem przemocy – duchowej, ale przemocy. Wdzięczność działa inaczej. Nie neguje, nie walczy, nie odwraca się plecami. „Dziękuję” zamyka zależność. A zdanie: „teraz jestem na tyle dorosła, że sama decyduję” odbiera archetypowi władzę. To jest różnica między buntem dziecka a decyzją dorosłego.

Dlaczego napisałem: „Jezus nie miał prawa”. To zdanie działa jak detonator, ale tylko dlatego, że pada po uwolnieniu ulgi. W kontekście tej pracy nie jest to atak na postać. To zerwanie zgody na pośrednictwo, na zastępcze cierpienie, na przeniesienie sprawczości. Na poziomie monad sens jest prosty: nikt nie ma prawa zabierać istotom ich mocy w imię „zbawienia”.

I dlatego ten fragment budzi tak silny opór. Bo jeśli nie ma ofiary, to nie ma komu oddać winy, nie ma komu oddać decyzji, nie ma na kogo czekać. Zostaje tylko: „to ja”.

Dlatego mówię: „to jest powrót do siebie”. W tym momencie Milena przestaje być córką. Przestaje być ofiarą. Przestaje być „tą, która musi”. Zaczyna być kimś, kto ma ciało, ma granice i ma decyzję.

I co ważne: nie przez siłę, tylko przez zgodę na siebie.

To jest moment, w którym krzyż przestaje być „święty”, a zaczyna być zbędny. Dlatego ten fragment jest tak istotny. Nie ma tu walki. Jest powrót do siebie.]

Teraz wracamy do twojego rodu. Popatrz na całe pole rodowe. Powiedz: „moje ciało puszcza identyfikację z ofiarami poprzez podstawę kata we mnie”.

Milena: Powiedziałam.

Nikodem: Co poczuło ciało?

Milena: Jeszcze nic. Mam to w brzuchu.

Nikodem: Dotknij kolejnego zbioru i powiedz to samo.

Milena: Powiedziałam kilka razy.

Nikodem: Teraz zbiory się poluzowały, ale zostało jedno „ale”.
Lojalność rodowa. To poczucie winy, jakbyś opuszczała tych, którzy cierpieli.

Powiedz im i sobie: „jesteście wolne. Możecie odejść, wzlecieć, płynąć. Nikt wam niczego nie nakazuje”.

„Moja miłość oparta na wolności daje wolność – mnie i wam”.

Krzyż nauczył ludzkość miłości ofiarnej, współuzależnionej – że ktoś musi cierpieć za kogoś, w imię czegoś. Dla niewolników tamtych czasów mogło to mieć sens. Ale biologicznie i psychicznie był to archetyp uczący brania cudzych emocji, win i historii na siebie.

Ludzkość nigdy nie była grzeszna. Była zagubiona. Nie ma czegoś takiego jak grzech i karma – są tylko mechanizmy.

Więc powiedz im dalej – tym zbiorom, programom, strukturom: „Jeśli krzyż włożył rozdzielenie między nas i was, jeśli uwierzyliście w ten program – przeogromny i jeden z najsilniejszych na Ziemi – możecie go teraz wyjąć. Wszystkim wszystko zostało wybaczone. Teraz czas wybaczyć sobie samemu”.

[po chwili]

Dobrze. Zbiór pola rodowego reaguje. Pięknie.

Teraz: „Cofam swoje energie z tego pola i z tych wiązek”.
Pomyśl o miłości i o tych zbiorach – niech się nią napełnią.

Co chciałoby zrobić ciało?

Milena: Ściągnąć to, co jest na czakrze podstawy.

Nikodem: A co tam jest?

Milena: Taki czarny woal. Lekki, ale uciska. Ciału jest z tym ciężko.

Nikodem: Jakby nosiło cały ród. Całe te płyty – niech odchodzą. W ogień.

Teraz także cały metalowy szkielet wzdłuż ciała eterycznego – out.

Powiedz podstawie:
„Ludzie są odpowiedzialni za siebie i świetnie sobie radzą bez mojego brania ich emocji, problemów i negatywizmu. Każdy jest kowalem swojego losu. Dlatego zdejmuję kod: że bez mojego działania świat się zawali, a ja zawsze będę zła”.

To bardzo wredny kod. A kod to esencja wzorca. Znamy kod – znamy esencję, główne ziarno.

Milena: Pojawiło się zdziwienie, że tak w ogóle można.

Nikodem: Brawo. To bardzo dobra reakcja.
To wyjście z zapętlenia, które trwało tak długo, że wcielenia zaczęły programować w ten system dusze, a nawet monady. Jedna spaczona planeta – a spustoszenie w duszach ogromne.

Wszystko przez niepoprawne filozofie, przekonania, wartości. Wszystko na opak. A to jest proste.

Milena: Mam wrażenie, jakby dusza i monada biły mi brawo.

Nikodem: Tak. To była bardzo ważna praca dla ciebie. Zauważ – twoje energie uspokoiły się same, naturalnie.

I zmienia się jeszcze coś istotnego: od teraz, razem z duszą, będziecie na kilometry wyczuwać takie systemy, takie planety, taki fałsz. To duży zysk, duża zmiana.

Milena: Super!

Nikodem: I najważniejsze – tyran ma teraz miejsce w tobie. Na razie jest w brzuchu i sercu, ale dojdzie też do głowy. Będzie Tyran i będzie Mądry Król.

Milena: W pewnym momencie stanęłam przed lustrem, mówiłam do siebie i chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę siebie zobaczyłam. To było piękne.

Nikodem: Bo pojawiła się zgoda na siebie w całości.
Na białą wersję, na ciemną, jasną, szarą – na każdą.

Milena: ❤️Super!

Nikodem: Brawo. Popatrzyłaś sobie głęboko w oczy. Ja duszę zawsze badam przez oczy – one są jej zwierciadłem. Wszystko w nich widać. Teraz miałaś odwagę, bo dopuściłaś.

Gratulacje. To jedna z najważniejszych prac. Ale żeby móc ją zrobić, trzeba było wykonać wiele innych wcześniej.

Milena: Dziękuję. Za pomoc.
Zobaczyłam siebie bez filtra.

Nikodem: Tak. Bez oszustwa, bez samooszukiwania i bez strachu.

W trakcie pracy obserwowałem fluktuacje – boki i góra były naruszone, ale to się stabilizuje.
Będziemy to jeszcze obserwować.

Jeszcze raz: gratuluję. Bardzo trudna praca. Dałaś radę.

Milena: Dziękuję serdecznie.

Po słowie

Uwolnienie wymagające pełnej obecności i precyzji na wielu poziomach jednocześnie.
Dla mnie praca przypomina jednocześnie taniec i grę w szachy — z wieloma planszami aktywnymi równolegle. W głowie mam wiele szachownic naraz, a każda odpowiedź drugiej osoby porusza pionki na wszystkich z nich jednocześnie. Moim zadaniem nie jest kogoś „zaszachować”, zabrać figury ani wygrać partię, ale stopniowo blokować ucieczki, odbierać wymówki, zamykać fałszywe ruchy i powoli przybliżać kluczowe figury do króla. Taki sposób pracy wymaga jednoczesnego trzymania wielu poziomów procesu — poznawczego, emocjonalnego i strukturalnego — bez uciekania w gotowe narracje. Dlatego tak niewiele jest przestrzeni, w których można zobaczyć realną integrację cienia — nie jako ideę duchową, lecz jako faktyczną zmianę wewnętrznej struktury.

Cytuję: „W tym momencie Milena była jeszcze w pozycji ofiary zbawianej, nie obserwatorki wzorca”.

To zdanie nie odnosi się do wydarzenia religijnego ani do postaci historycznej, lecz do działania archetypu krzyża jako wzorca relacyjnego, zapisanego w podświadomości zbiorowej. Krzyż – rozumiany archetypicznie, a nie historycznie – nie funkcjonuje na poziomie opowieści o miłości, lecz na poziomie relacji: ktoś cierpi za mnie, ktoś bierze mój ciężar, ktoś zbawia zamiast mnie, a moja rola polega na tym, że „to się dzieje dla mnie”. Taki układ ustawia człowieka w pozycji biernej, zależnej, moralnie dłużnej i obciążonej poczuciem winy – często bez jasnej przyczyny. Nie jest to interpretacja filozoficzna, lecz opis tego, jak archetyp działa w psychice i w ciele, jako zapis w podświadomości zbiorowej.

To jest ofiara zbawiania, nie ofiara przemocy.

Ofiara zbawiania nie polega na słabości. Polega na odebraniu sprawczości przy jednoczesnym nadaniu sensu cierpieniu. Mechanizm jest prosty: skoro ktoś oddał za mnie życie, to: nie mogę być „zły”, nie mogę niszczyć, nie mogę wziąć pełnej odpowiedzialności, nie mogę żyć po swojemu, muszę uważać, żeby nie „zmarnować ofiary”. To nie jest wolność. To jest moralna smycz.

Dlaczego Milena była w tej pozycji? Bo bierze cudze cierpienie, bierze winę rodu, bierze odpowiedzialność za świat, boi się niszczyć, boi się być „zła”, a jej ciało reaguje puchnięciem – żeby „pomieścić”. To jest krzyż wcielony nie symbolicznie, ale biologicznie. Dlatego w tamtym momencie pracy nie mogła być obserwatorką wzorca – była w nim zanurzona. Piszę o tym wprost, bo większość ludzi funkcjonuje w tym stanie i nawet tego nie zauważa.

Obserwator wzorca mówi: „to się dzieje”, „to jest mechanizm”, „to nie jest moja osobista misja”, „to nie ja jestem przyczyną cudzej historii”.

Ofiara zbawiania mówi: „to przeze mnie”, „muszę coś zrobić”, „jeśli puszczę, wydarzy się zło”, „jeśli nie wezmę, zawiodę”.

Milena w tamtym momencie nadal trzymała krzyż świata, bo – zgodnie z tym wzorcem – bez niego „świat się zawali”. Archetyp krzyża przeniósł ciężar: ze sprawczości na moralność, z działania na cierpienie, z odpowiedzialności na winę, z mocy na poświęcenie.

I nauczył ludzi: „jeśli cierpisz – jesteś dobry”, „jeśli nie cierpisz – jesteś podejrzany”.

Krzyż sam w sobie nie uczynił ludzi złymi. Uczynił ich jednak odpowiedzialnymi za cudze zbawienie – a to w długiej perspektywie odebrało im sprawczość. Dlatego integracja cienia nie jest możliwa bez symbolicznego zdjęcia krzyża, bo ten akt nie jest buntem ani negacją, lecz powrotem do odpowiedzialności za własne życie.

Jezus nie był tyranem ani manipulantem z intencji — był istotą o ogromnej empatii, która nie zobaczyła, jak jego poświęcenie zostanie zamienione w narzędzie odbierania ludziom sprawczości. Taka jest niestety karma każdego mesjasza i proroka. Dlatego nigdy nie zaczynać. Zostawić ludzki los w rękach ludzi.

PS

Również teraz Twój poziom świadomości jest inny niż wcześniej. Widzisz więcej, a pewne niuanse tej pracy — zarówno samego procesu, jak i rozmów — mogą być dla Ciebie bardziej czytelne. Być może to dobry moment, by jeszcze raz sięgnąć do mojej rozmowy z monadą w opracowaniu:
„Dzień kapitulacji najważniejszych hierarchii reptilskich i drakońskich oraz ta cienka linia, której nie przekroczyłem. Wszystko zaczyna się od nowa” zamieszczone w przyszłej książce Upadek bogów. Tam również pojawił się istotny test związany z cieniem i tyranem.

Nikodem Marszałek

Podobne artykuły

Focus Mode