Gdybym miał popatrzeć na swoje książki, widzę wyraźny rozwój:
- Motywacja bez granic – 2005 rok. Zawierała 29 tysięcy wyrazów, 193 tysiące znaków ze spacjami.
- Odrodzenie Feniksa – 2005 rok. Zawiera 40 tysięcy wyrazów, 275 tysięcy znaków ze spacjami.
- Bądź zawsze sobą – 2015 rok. Zawiera 64 tysiące wyrazów, 450 tysięcy znaków ze spacjami.
- Energia Miłości – 2016 rok. Zawiera 85 tysięcy wyrazów, 570 tysięcy znaków ze spacjami.
- Dbaj o siebie – 2018 rok. Zawiera 91 tysięcy wyrazów, 601 tysięcy znaków ze spacjami.
- Poza Dualnością – 2023 rok. Zawierała 106 tysięcy wyrazów, 709 tysięcy znaków ze spacjami.
- Cień bogów – 2024 rok. Zawiera 136 tysięcy wyrazów, 892 tysiące znaków ze spacjami.
- Zmierzch bogów – 2025 rok. Zawiera 193 tysiące wyrazów, 1 250 000 znaków ze spacjami.
- Upadek bogów – 2026 rok. Zawiera 151 tysięcy wyrazów, 930 znaków ze spacjami.
Nigdy nie przypuszczałbym, że będę autorem tylu książek, twórcą kilku metod i podejść klasyczno-duchowych w rozwoju człowieka. Że będę wojownikiem duchowym, ascetą, żyjącym daleko od fleszy, sukcesu i rozpoznania – mimo przeogromnych umiejętności duchowych, medialności i, jak ludzie mówią, dobrego wyglądu. Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że wybrałem takie życie, ale ono właśnie takie jest.
Kiedy patrzę na swoje książki, widzę siebie – kogoś, kto zmaga się każdego dnia, nie udaje, nie gra, nie oszukuje siebie. Kiedy nie wie, mówi, że nie wie; kiedy wie, pokazuje, że wie.
Czy jestem z jakiejś książki szczególnie dumny? Nie. Jeśli autor mówi, że jest… to znaczy, że od dłuższego czasu nic nie zmienił w sobie, nie rozwija się, zastygł na wzgórzu, które sam zbudował. Gdybym miał wrócić do którejś książki i przywrócić ją do życia, byłaby to na pewno Energia Miłości pod inną nazwą i z nowymi informacjami oraz Bądź zawsze sobą. Ta ostatnia jest bardzo lubiana – napisana w nurcie mindfulness, motywacyjna, a przy tym lekko duchowa. Wielu prosiło nawet o audiobooka. Sam nakład w wydawnictwie Helion sprzedał się w całości, jednak nie było wznowienia. Dbaj o siebie to książka, którą musiałem podzielić na części i zobaczymy, co z niej wyniknie.
Jeśli chodzi o książki motywacyjne – Motywacja bez granic i Odrodzenie Feniksa – nie mam czasu, żeby cokolwiek z nimi zrobić, chociaż sprzedały się w ponad 20 tysięcy egzemplarzy, co dla autora jest wynikiem niesamowitym.
Mówię o tym wszystkim, bo pamiętam swoją nauczycielkę ze szkoły podstawowej, która powtarzała mi, że będę potrzebował mądrej żony, bo sobie w życiu nie poradzę. Jedyną osobą, która ma problem, chyba jest ona sama. A okazało się, że Nikodem jest innowatorem, starą istotą i jest odważny, bo ma w sobie siłę, żeby zmienić świat duchowy o 180 stopni – i nie tytułuje się przy tym, ani nie dodaje przed nazwiskiem opiekun, przewodnik, nauczyciel. Po prostu Nikodem. To jest dopiero odwaga – nie dodawać sobie czegoś, co nie jest potrzebne i co odbiera człowieczeństwo.
Nie przypuszczałbym również, że powstanie trylogia „Bogowie” – Cień bogów, Zmierzch bogów i Upadek bogów. Niestety, praca nad tymi istotami, ich schedą oraz tym, co wciąż w różnych formach próbują robić, zajmowała mi średnio 60 procent czasu w każdym tygodniu. To bardzo dużo i, niestety, było to wykańczające. Do tego dochodzą działania istot blisko z nimi związanych, które nazywam Prawą i Lewą Ręką.
Ale znowu – czy ja to wybrałem, czy zostało to zesłane na moje barki? Nie wiem. Po prostu takie to jest.
Fajnie byłoby ten czas przeznaczyć na stworzenie szkolenia, udzielenie wywiadu, wyjście do świata mediów, zaistnienie w środowisku. Bo przecież stworzenie nietuzinkowych metod i odkrycie lucyferyzmu w sferze duchowo-ezoterycznej jest niemałym osiągnięciem. Odkrycie to jedno, ale wypracowanie nowej drogi – to już zupełnie inny poziom.
Wystarczy popatrzeć na stronę, artykuły. Moje zadanie polega na przypomnieniu wszystkim, do czego jest zdolny człowiek – do jakich pierwotnych emanacji i wibracji. Dlatego warto tu przebywać, przypominać sobie, kim się jest. Takie jest zadanie tego miejsca.
Podobnie jak sam sposób odprowadzania zmarłych i podejścia do nich, pracy z ich częściami subtelnymi czy duszami. Kiedyś widziałem na konwentach w Polsce pana, który był bardzo szanowany i uprawiał mediumizm. Parę tysięcy osób mu skandowało. Wtedy zapytałem: „Słucham? Przecież to czasy Bławatskiej – ponad sto lat temu można było tak podchodzić do tematu. Teraz mamy dużo prostsze i bezpośrednie metody, tj. niewerbalna komunikacja z duchem i duszą, żeby skontaktować się ze zmarłym”. Podszedłem wtedy do tego prelegenta i powiedziałem wprost: „Chłopie, rozmawiałeś z jaszczurem”. Wyśmiał mnie, po czym rzucił: „Kim ty w ogóle jesteś?”. I co miałem mu odpowiedzieć? Od tamtej pory nigdy już nie pojechałem na żadne duchowe czy ezoteryczne spotkanie.
Czasem mam wrażenie – może tak jest na Polskim rynku – że wywiady i mówcy są specjalnie dobierani, aby niczego istotnego nie nauczyć słuchaczy. Mówi się, że współcześnie ślepy prowadzi kulawego. Cóż, ja za taki stan rzeczy dziękuję. Niech ślepy sobie wyobraża, a kulawy niech korzysta z wózka. Po co się tak męczyć? Czyżby to był rodzaj duchowego sadomasochizmu? Według mnie to są skutki lucyferyzmu i wpływów New Age w stylu Alice Bailey. Nie chcę tutaj włączać buddyzmu ani religii, bo to nie o nie chodzi. Raczej potwierdza się to, co mówił Leszek Żądło: „Po prostu goście uprawiają czarnomagiczne praktyki i czerpią z tego zyski”.
To, że obecnie nie jestem obecny na YouTube ani w porannych wywiadach, nie oznacza, że dzieje się coś niewłaściwego. Kiedy spoglądam na czas, jaki poświęciłem pracy duchowej i publicystycznej, a zwłaszcza na lata poświęcone trylogii Bogowie, widzę wyraźnie: „Nie było czasu na nic innego”. Można by to uznać za podejście misyjno-białe, ale takie właśnie było moje życie. Mówię „było”, choć zastanawiam się, czy naprawdę jest inaczej.
Bycie widocznym i znanym nie równa się automatycznie byciu skutecznym lub najlepszym w danej dziedzinie – na Ziemi często działa wręcz odwrotna zależność.
Być — oznacza działać. A działać nie zawsze oznacza być widocznym i docenianym przez system. Pracowałem z wieloma znanymi postaciami, ikonami i prezydentami, jednak to nie zbudowało mojej marki. Było raczej skutkiem tego, co w ciszy zostało zrobione i przekazane. Ktoś po prostu polecił, powiedział dobre słowo. I chyba każdy z nas tego potrzebuje — ja w szczególności.
Popatrzmy na coś.

Tylko niestety noszę wiele z Mahatmy Gandhiego – i nie jest to tylko nos i krzywe nogi. Byk, choleryk, motywator na pełną gębę. Tylko w tamtym okresie emanacja była nieduchowa, ale za to materialna. Nie wiem jeszcze, jak wiele zmieni się w najbliższych miesiącach i ile będzie kosztowało wyrzeczeń wejście na drogę duchową.
Czy było warto? Dla duszy i monady – jak najbardziej, to nie mogło już czekać dłużej. Dla ciała również, ponieważ to ono nosiło stare wzorce, umowy, schematy i było poddane ogromnej ilości wpływów i strażników. Ale nie ma róży bez kolców. Koszt był ogromny, ale tak mówi człowiek doświadczony, który wie, że gdyby napisał Duchowy Matrix dekady wcześniej i nie musiał konfrontować się z tym, co zgłębiamy w trylogii, pewnie życie wyglądałoby inaczej – byłoby bardziej dla siebie, swoje. Może taką cenę ponosi innowator, badacz, duchowy negocjator? Pewnie trochę tak, ale w głównej mierze leży tutaj „wina” w działaniu monady i duszy, które białe wzorce i zależności nie pozwoliły na nic innego w tym okresie czasu. Dlatego, czy chcemy, czy nie – jesteśmy kowalami swojego losu, nawet jeśli został wykuty przez monadę czy duszę. Co w nich, to i w nas. Jak tego nie zrobimy – takich poświęceń, strat, izolacji, odpychania czy niewidoczności dla tych, którzy szukają – będzie więcej.
Pracuj, pracuj i nie oglądaj się za siebie. Zrób wszystko, co możesz z zasobów, jakie posiadasz. Trzymam kciuki.
PS
Zdjęcie do artykułu jest z roku 2017.
Utwór Ross Lara – Seoul Nights najlepiej opisuje moje życie.
