Pułapka współczesnych proroków
Cześć Nikodemie,
Muszę Ci napisać po tym, co się wydarzyło.
Kiedy dostałem od Ciebie odpowiedź, poczułem, jak spada z mnie ogromny ciężar. Jednocześnie pojawił się – nie po raz pierwszy – ogromny szacunek do Ciebie i do tego, w jaki sposób działasz. Dla mnie zadziało się coś niemożliwego. Jak wskrzeszenie umarłego. Przez ostatnie dni było wyraźnie widać, że z dzieckiem jest bardzo źle. Po tym, co zrobiłeś, jakby wróciło do życia. Zmiana była natychmiastowa i bardzo wyraźna.
Sam fakt, że podzieliłeś się swoim doświadczeniem i wziąłeś to na siebie, jest dla nas ogromnym prezentem. Jesteśmy jako rodzice naprawdę głęboko wdzięczni. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale wiem, że taka praca kosztuje dużo. Cennik ze strony naszym zdaniem nie oddaje realnej wagi tego, co się stało. Chcielibyśmy się z Tobą uczciwie rozliczyć. Napisz proszę, jak możemy to zrobić. Zależałoby nam też, żeby w przyszłości – kiedy będziesz miał siły i przestrzeń – kontynuować pracę nad szerszym udrożnieniem. Będziemy Ci za to wdzięczni.
Pozdrawiam
Wiadomość dotyczyła uwolnienia dziecka.
Mamy tutaj silny przykład działania „gier ludzkich”. Wielu z nas odwraca od tego wzrok. Tymczasem u sporej części osób zajmujących wysokie stanowiska, pozycje władzy i autorytetu – czy nawet w dziedzinach rozwojowo – duchowych – mechanizm ten nie tylko zahacza o narcyzm, ale wręcz buduje narrację „guru-style”, wzmacniając megalomanię i manię wielkości. Idealnie widać to również w zachowaniach rozmówców w różnego rodzaju podcastach. Popatrzmy więc bliżej.
Co widzimy w wiadomości?
Pojawia się wdzięczność połączona z lekką idealizacją mnie i tego, co zrobiłem. Wyrażenia typu:
„zadziało się dla mnie niemożliwe”, „jak wskrzeszenie umarłego”, „ogromny szacunek”, „ogromny prezent” są naturalne, gdy ktoś przeżywa silne emocje i chce się nimi podzielić.
Zdrowa strona tej wiadomości jest wyraźna:
– szczera i realna obserwacja zmiany u dziecka (nie tylko „wiara”, ale konkretna obserwacja),
– chęć uczciwego rozliczenia się za pracę,
– prośba o dalszą współpracę,
– wyrażanie wdzięczności bez nadmiernego dramatyzowania siebie.
To jest dojrzałe i czyste.
Cień
Nie ma jednak róży bez kolców. Tego doświadcza każda osoba posiadająca realne umiejętności i doświadczenie w pracy z drugim człowiekiem.
Rodzice nie mówią po prostu:
„Dziękuję, zauważyłem poprawę, chcę sprawiedliwie zapłacić i kontynuować”.
Pod wpływem silnych emocji i struktury „gier ludzkich” komunikat przyjmuje formę:
„Ty dokonałeś czegoś niemal cudownego. Jesteś kimś wyjątkowym. My jesteśmy w pozycji wdzięcznych i trochę bezradnych rodziców wobec kogoś, kto potrafi wskrzeszać”.
To automatycznie stawia nas w nierównej relacji:
– ja – ten, który ma moc, wiedzę i możliwość,
– oni – ci, którzy otrzymali łaskę i teraz muszą się odwdzięczyć.
Z taką postawą spotykają się lekarze, specjaliści, adwokaci, sędziowie oraz wszystkie osoby znajdujące się w pozycji władzy, kontroli lub pomagania ludziom w potrzebie. W obszarze rozwoju osobistego i duchowego zjawisko to przybiera szczególnie silny, niemal religijno-jezusowy wydźwięk. Oczywiście taka dynamika jest bardzo częsta przy intensywnych procesach terapeutycznych. Na dłuższą metę bywa jednak obciążająca – zarówno dla osoby, która wchodzi w rolę „tego, który dźwiga i ratuje”, jak i dla drugiej strony, której trudniej potem stanąć w pozycji równego partnera współpracy.
Mechanizm porównań społecznych
Kiedy ktoś staje się dla nas archetypem lub silnym autorytetem, bardzo łatwo uruchamia się mechanizm porównań społecznych i idealizacji. Zamiast wziąć to, co rzeczywiście potrzebne (pomoc dziecku + uczciwa wymiana), zaczynamy budować narrację o „cudzie” i „wskrzeszeniu”.
Dla osoby po mojej stronie pytanie zawsze brzmi tak samo, bo dostawałem wiadomości w stylu: „uratowałeś moje życie”, „dzięki tobie żyję”, „uratowałeś nasz związek”, „mój biznes kwitnie dzięki tobie”. I wtedy pojawiają się kluczowe pytania:
– Czy przyjmuję tę wdzięczność czysto, bez wchodzenia w rolę „tego, który potrafi niemożliwe”?
– Czy potrafię zostać przy prostej prawdzie: „Zrobiłem swoją robotę, dziecko zareagowało, cieszę się i chcę uczciwej wymiany”?
Jak może wyglądać zdrowa odpowiedź bez wchodzenia w rolę i guru-style.
Poziom zdrowej odpowiedzi
„Dziękuję za wiadomość i za podzielenie się tym, jak wyglądały ostatnie dni u dziecka. Cieszę się, że wróciła do siebie i że widać realną poprawę. To najważniejsze.
Nie traktuję tego, co się wydarzyło, jako czegoś nadzwyczajnego czy „niemożliwego”. Po prostu zrobiłem to, co w danym momencie było możliwe i potrzebne. Czasem wystarczy odpowiedni impuls we właściwym czasie.
Co do rozliczenia – dziękuję za tę intencję, bardzo ją szanuję. Ta konkretna praca odbyła się jednak „przy okazji”, nie była osobno zamówioną sesją. Dlatego nie chcę za nią pieniędzy.
Jeśli w przyszłości będziecie chcieli świadomie i regularnie pracować dalej (nad tym, o czym pisałeś – udrożnieniem), wtedy ustalimy to już na jasnych, partnerskich zasadach. Na razie jednak zostawmy tę sprawę.
Trzymajcie się ciepło. I dziękuję za zaufanie.„
Nie wchodzimy w rolę „tego, który dokonał cudu”. Delikatnie, ale wyraźnie schodzimy z piedestału. Traktujemy drugą stronę partnersko. Nie wzmacniamy idealizacji. Ton ciepły i rzeczowy. W kwestii pieniędzy jesteśmy jaśni i prości (w tym przypadku: nie chcę zapłaty, bo było „przy okazji”).
Ale takich odpowiedzi nie widzimy często. Takich artykulacji i wyrażeń, wymiany nie usłyszmy w większości podcastów – szczególnie rozwojowych i duchowych, ponieważ nie ma do tego zbudowanych podstaw. Patrz: „O ciszy autentyczności”.
Poziom odpowiedzi z rysem narcystycznym
Ile razy widzimy treści czy stwierdzenia, brzmiące: „Jestem jedyną osobą, która…”, „Bóg mnie namaścił”, „Jeszcze nie widziałem/widziałam osoby, której bym nie pomógł/nie pomogła”. Taka jest narracja świata narcyzów. Jak odpowiedź takiego guru mogłaby brzmieć, popatrzmy:
„Dziękuję za Twoje słowa.
To, co opisujesz – to poczucie, że „zadziało się niemożliwe”, to wrażenie wskrzeszenia – jest dla mnie ważnym sygnałem. Nie dlatego, że potrzebuję potwierdzenia własnej skuteczności, ale dlatego, że pokazuje, jak głęboko system (dziecka, Was jako rodziców, a pośrednio i mój) był gotowy na zmianę. Czasem wystarczy precyzyjny impuls we właściwym momencie, a to,co wydawało się martwe, nagle wraca do życia. To nie jest magia. To raczej prawo, które działa, gdy spełnione są odpowiednie warunki.
Przyjmuję Waszą wdzięczność. Jest czysta i nieobciążona. To rzadkie.
Co do rozliczenia – rozumiem Twoją potrzebę, żeby ta wymiana była pełniejsza niż to, co oferuje cennik. Nie odmawiam. Napisz, jaka kwota byłaby dla Ciebie prawdziwym, wewnętrznie spójnym gestem. Nie musi być to „rynkowa wartość”. Chodzi raczej o to, żeby po Twojej stronie nie pozostało poczucie długu ani niedokończenia.
Jeśli chodzi o dalszą pracę nad udrożnieniem – tak, jestem otwarty. Nie teraz od razu, ale gdy przestrzeń po obu stronach będzie właściwa. Takie procesy nie lubią pośpiechu ani nadmiernej woli. Lepiej, żeby dojrzały.
Z poważaniem”
Jednostka przyjmuje idealizacje, ale jeszcze nie mówi wprost „dokonałem cudu”. Lekko się wynosi, podkreśla rzadkość i wyjątkowość tego, co się stało. Zaczyna mówić z pozycji kogoś, kto „wie lepiej” i decyduje o warunkach. W kwestii pieniędzy pojawia się nuta: „rozumiem, że zwykły cennik nie oddaje wartości tego, co zrobiłem”. Nadal jest intelektualnie, elegancko, ale już czuć lekką wyższość i smakowanie swojej pozycji”.
To taka wersja inteligentnego guru, który lubi, gdy go podziwiają, ale jeszcze nie wpada w otwartą pychę.
Poziom odpowiedzi megalomana
Tego typu zachowań jest najwięcej w internecie, w wywiadach oraz w wymianie między klientem a osobą prowadzącą. I co ciekawe – ludzie w jakiś sposób przyzwyczaili się do tego paralogicznego i zaburzonego sposobu komunikowania się. Czyżby chodziło o to, że lubią kąpać się w cieniu narcystycznego światła?
„Dziękuję za wiadomość.
To, co opisujesz, nie jest dla mnie zaskoczeniem. Kiedy system jest wystarczająco otwarty, a impuls precyzyjny – to, co wydawało się martwe, rzeczywiście może wrócić do życia. Nazywasz to „wskrzeszeniem umarłego”. W pewnym sensie masz rację. Nie zdarza się to często i nie każdemu jest dane tego dokonać.
Przyjmuję Twój szacunek i wdzięczność. Są na miejscu.
Praca, którą wykonałem, nie należała do lekkich. Wymagała nie tylko wiedzy i doświadczenia, ale też pewnej jakości obecności, którą trudno kupić czy wytrenować w standardowy sposób. Dlatego rozumiem, że cennik ze strony wydaje Ci się niewystarczający. Jeśli czujesz potrzebę, żeby ta wymiana była pełniejsza – napisz, jaką kwotę uważasz za właściwą. Nie będę się targował. Przyjmę to, co uznasz za adekwatne wobec tego, co się wydarzyło.
Co do dalszej pracy nad udrożnieniem – tak, jestem otwarty. Tyle że tego rodzaju procesy prowadzę tylko wtedy, gdy widzę realną gotowość i odpowiedni poziom zaangażowania po drugiej stronie. Daj znać, kiedy będziecie gotowi wejść w to poważniej”.
Otwarcie potwierdzona została narracja o „wskrzeszeniu” i „niemożliwym”. Mówione jest wprost lub prawie wprost, że mało kto jest w stanie tego dokonać. Traktujemy wdzięczność jako coś oczywistego i należnego. Stawiamy się w pozycji kogoś, kto decyduje, czy w ogóle zaszczyci drugą stronę dalszą współpracą. Ton staje się chłodniejszy, bardziej wyniosły, arystokratyczny lub „z wysokości”. Pojawia się wyraźna przyjemność z bycia postrzeganym jako wyjątkowy. To już jest megalomania w eleganckim, intelektualnym wydaniu.
Dlaczego ludzie nie tylko tolerują, ale często preferują komunikację narcystyczną i megalomańską?
- Daje poczucie silnego autorytetu – w kryzysie lepiej brzmi ktoś, kto „wie” i mówi z góry. Spokojna, partnerska postawa wydaje się wtedy zbyt słaba i niepewna.
- Pozwala kąpać się w świetle kogoś wyjątkowego, bez konieczności bycia silnym samemu. Bliskość takiej osoby daje poczucie uczestniczenia w czymś ważnym.
- Jest znajoma – większość ludzi od dziecka funkcjonowała w hierarchiach (dom, praca, kościół). Relacja oparta na wyższości jest więc bardziej naturalna niż prawdziwa równość.
- Ułatwia projekcję mocy i idealizację. Łatwiej uwierzyć w czyjąś wyjątkowość, gdy sama osoba intensywnie ją komunikuje.
- Jest bardziej dramatyczna i emocjonująca niż spokojna, równa komunikacja. Dramat przyciąga uwagę i angażuje mocniej niż dojrzałość.
Dlatego właśnie tak trudno przebić się postawie zdrowej i równej. Ona nie daje tego samego emocjonalnego „kopa” co narcystyczne światło.
Równość oznacza Twoją wielkość
Czemu ktoś miałby się bać własnej wielkości? Dlaczego miałby pozostawać wiecznym dzieckiem? I dlaczego tak wielu ludzi odrzuca komunikację zdrową, normalną i równą?
W wymianie między ludźmi bardzo często dochodzi do przeniesień. Szukamy wypełnienia własnych braków. Szukamy też kontynuacji dynamiki, jaką znaliśmy z domu rodzinnego. Wejście w rolę „tego, kto wie”, w rolę guru czy autorytetu, zmusza obie strony do wzajemnej gry i odtwarzania ustalonych pozycji. Kiedy tę grę odrzucamy, pojawiają się dwie typowe reakcje:
Z perspektywy osób, które szukają guru i emocjonalnego uniesienia. Nasza naturalna, partnerska postawa bywa odczytywana jako atak lub odrzucenie. Pojawiają się myśli: „nie przyjął wdzięczności”, „nie docenił”, „zachował się dziwnie”. Jednostka może odczuwać wstyd i dyskomfort związany z nieudaną projekcją. Wewnętrznie pojawia się wtedy komunikat: „Albo będziesz moim guru, albo zrywam emocjonalne zaangażowanie”.
Z perspektywy osób bardziej dojrzałych. Taka postawa wygląda spójnie. Ktoś nie wszedł w grę, nie napompował ego i nie zbudował zależności.
Osoby, które odchodzą dlatego, że nie dostały piedestału, bo druga strona nie podtrzymała ich idealizacji, rzadko okazują się najlepszymi i najstabilniejszymi partnerami do pracy. Często wracają później rozczarowane albo z jeszcze większymi oczekiwaniami. Skoki od uwielbienia do nienawiści są w takich relacjach na porządku dziennym.
Mamy tutaj jeszcze jedno ważne wyzwanie.
Traktowanie innych równo i partnersko – w cywilizacji opartej na pasożytowaniu i hierarchii – może uruchomić w jednostce silne poczucie bycia niewystarczającym.
Pomyślmy.
Mechanizm idealizacji pozwala człowiekowi widzieć kogoś w lepszych barwach, wyżej, jako coś niedostępnego, a jednocześnie lepszego i bardziej sprawczego od niego samego. Właśnie w ten sposób działają wzorce archetypowe. Kiedy jednak ten pomnik wyobrażeń i fantazji nagle schodzi z piedestału i staje obok – co wtedy odczuwa druga osoba?
Kolana się uginają. Fantazja zamienia się w rzeczywistość, a wraz z nią pojawia się ostre poczucie własnej „małości” i „niegotowości”. To jeden z najtrudniejszych etapów do przejścia: moment, w którym ktoś postrzegany jako wysoki, sprawczy i wyjątkowy, staje obok nas jako równy – i tak samo jak my, ułomny.
Dopóki trwała idealizacja, dystans był potrzebny i w pewien sposób bezpieczny. Bliskość tego, co wcześniej podziwialiśmy jako autorytet czy archetyp, radykalnie zmienia odczuwanie. Budzi się strach, lęk, poczucie niezasługiwania i cały szereg „małych wewnętrznych postaci”.
Właśnie dlatego tak wielu ludzi woli grać. Zarówno ci, którzy szukają guru, mesjasza czy jasnowidza, jak i ci, którzy te role wielkościowe chętnie odtwarzają dla pozostałych.
To jednak nie jest relacja – tylko ludzka gra oparta na podświadomych mechanizmach deficytów i fantazji. Ludzie grają w nią między sobą, bo karmią się swoimi brakami. W te sidła wpadają wszyscy: „guru”, nowocześni newage’owi prorocy, ich słuchacze, wielbiciele, a także liczni fantazjujący, których nigdy nie brakuje.
Niestety brak wejścia w rolę kogoś wyższego, bardziej doświadczonego, opiekuna, proroka, kapłana, anioła, prastarej istoty, starszej duszy, matki, ojca, autorytetu, mistrza czy doskonałego nauczyciela – jest przez system większości ludzi odczytywany jako brak sprawczości, brak opiekuńczości i brak autentyczności.
I właśnie tutaj zaczyna się cała groteskowość tej planety, tego świata i sposobu, w jaki budujemy społeczności.
Pomyślmy, do czego to prowadzi.
Nie tylko do podtrzymywania ról i masek, o których mówiliśmy wcześniej, ale do stałej i mocno ugruntowanej infantylizacji. Ludzie nie uczą się stawać obok siebie jak dorośli. Uczą się szukać kogoś nad sobą albo stawać nad kimś. W efekcie relacje opierają się nie na realnej wymianie i odpowiedzialności, tylko na ciągłym odtwarzaniu hierarchii: kto jest większy, kto mniejszy, kto prowadzi, a kto ma być prowadzony.
To właśnie ten mechanizm sprawia, że zdrowa, równa komunikacja wydaje się wielu osobom pusta, zimna albo wręcz niebezpieczna.
Zakończenie
Mój język jest prosty, równy i bez wynoszenia się. Dlatego nie dotrę skutecznie do ludzi, którzy szukają guru i narcystycznego światła. Osoby, które lubią kąpać się w cieniu kogoś „wyjątkowego”, niemal automatycznie omijają komunikację partnerską. Ona ich nie kręci. Nie daje im napięcia, dramaturgii ani poczucia, że stoją przed kimś większym.
Co mogę z tym zrobić?
Myślałem o tym długo. Dlatego wiele bardzo trudnych sesji i prac będę zamieszczał wyłącznie w książkach, z odpowiednimi opisami – co zresztą już robię.
Zostaję przy swoim czystym stylu. Widoczność będzie przez to mniejsza, wolniejsza i bardziej selektywna. Dotrę głównie do osób, które mają już pewien poziom dojrzałości albo są zmęczone guru-stylem. To dłuższa droga, ale buduje zupełnie inną jakość relacji i pracy.
Mógłbym świadomie dodać element gry: podnosić ton, mocniej zaznaczać swoją pozycję, używać bardziej wyrazistego, hierarchicznego języka – bo właśnie tak działa uwaga większości ludzi.
Mógłbym tworzyć dziesiątki reakcji w formie filmów czy komentarzy do metod, filozofii i przekonań innych osób. Uwypuklać ich infantylizm, zaburzenia czy zacofanie. Często zrównywać kogoś z ziemią. Taki sposób działania z pewnością przyciągnąłby uwagę. Wewnętrznie byłoby to jednak sprzeczne ze mną i z tym, kim jestem.
Przy moim języku, bezpośrednim stylu i postawie równości wobec czytelnika nie będę widoczny w masowy sposób wśród osób uzależnionych od narcystycznego przekazu. Mogę być jednak widoczny dla tych, którzy szukają właśnie czegoś innego – nawet jeśli to tylko niewielki procent całego środowiska rozwojowego i duchowego.
Moja widoczność nie opiera się na blasku i dominacji, lecz na precyzji, realnych efektach, mądrości, konsekwencji i empatii. A także na tym, że z czasem ludzie zmęczeni guru-stylem zaczną wyczuwać mnie jako alternatywę. Dlaczego? Bo sami zaczną rosnąć i wyjdą z przedszkola, które na wiele pozwala, ale wielu istotnych rzeczy nie uczy. Są sprawy, które zrozumieć może tylko ktoś dorastający albo już dorosły. Infantylność dziecka idealizuje zarówno otoczenie, jak i siebie.
Jak dotrzeć do ludzi? Większość nie szuka tego, co oferuję. Szuka kogoś, kto pozwoli im dalej nie brać pełnej odpowiedzialności za siebie. W tym udziału brać nie mogę i nie chcę.
Może właśnie dlatego nigdy nie było ze mną żadnego wywiadu. Środowisko rozwojowe i duchowe w dużej mierze żywi się wyrazistymi postaciami, które potrafią stworzyć napięcie, postawić się ponad i dać ludziom poczucie, że stoją przed kimś wyjątkowym, wtajemniczonym i wybranym. Potrafią chwalić siebie i swoją metodę, w co drugim zdaniu. A słuchacze jak w hipnozie przytakują i zasilają świat rozmówcy – tak następuje zlanie i symbioza. Mój sposób komunikacji tego nie dostarcza. Nie tworzy dramaturgi, nie buduje piedestału i nie obiecuje szybkich, widowiskach przełomów. Dlatego przez lata pozostawałem raczej na marginesie głównego obiegu.
A może właśnie teraz, kiedy to opracowanie powstaje – coś się przeciera i zaczyna budować? Może coraz więcej osób robi się zmęczonych wiecznym guru-stylem, wiecznym wynoszeniem się i pustym blaskiem. Może powoli pojawia się przestrzeń na inny rodzaj głosu – mniej widowiskowy, ale bardziej precyzyjny, dokładny i odpowiedzialny. Nie liczę na nagły przełom. Raczej na powolne, naturalne budowanie się czegoś innego. Tego, co i tak miało się kiedyś pojawić.
A może tworzy się właśnie jakiś nowy archetyp, jakiś inny wzór obecności w tym środowisku?
Wzór kogoś, kto nie stoi ponad, nie karmi się podziwem i nie buduje swoje pozycji na idealizacji. Kogoś, kto pracuje precyzyjnie, mówi wprost i zostawia drugiego człowieka w jego własnej odpowiedzialności.
Dobrze jest być częścią takiego wzrostu. Ale trzeba też jasno widzieć jego cenę.
Taki archetyp nie przyciąga masowo. Nie daje szybkiego blasku ani łatwego uznania. Wymaga dłuższej drogi, większej cierpliwości i gotowości do pozostawienia przez dłuższy czas mniej widocznym. I właśnie w tym „ale” zawiera się cała trudność wyboru.
Ale czy wzorce archetypowe nie powstają po to, aby inspirować, budować, podnosić i wspierać?
Tak. W swojej najczystszej formie właśnie do tego służą.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy archetyp przestaje być inspiracją, a staje się miarą, wobec której ludzie zaczynają siebie oceniać i poniżać. Albo gdy ktoś, kto ten wzór niesie, zaczyna karmić się podziwem i budować na nim swoją pozycję.
Sam wzorzec może być piękny i potrzebny. Sposób, w jaki się z nimi obchodzimy – już niekoniecznie.
Nikodem Marszałek
lipiec, 2026
