List
„Dobra, przyznam się. W sumie to i tak nic nowego nie wniesie – jest tylko potwierdzeniem tego, co już pisałeś. U mnie jednak skierowane jest to wobec samej siebie. Choć skoro jesteśmy tu jednym, to w gruncie rzeczy to samo. Może wynika to z braku zrozumienia, widzenia… Chodzi o to, że mam silne poczucie, że mnie nie powinno być. Że lepiej byłoby mnie skasować, zniszczyć. Bo po co mam istnieć, skoro nie czuję miłości?”
Odpowiedź:
Od kiedy to czucie miłości, rozumienie miłości czy intelektualne „ogarnianie” jej jest warunkiem lub daje prawo do życia i istnienia? Każda istota ma prawo żyć, czuć, rozumieć i widzieć dokładnie tyle, ile na dany moment pozwala jej psycho-fizyczna struktura. Trzeba żyć zgodnie z tym wewnętrznym motorem, a nie z motorem superego, górnolotnymi ideologiami, „powinnościami” czy rozwojowymi „musisz być”, „musisz czuć”, „musisz mieć”. Po prostu – JEST. Po prostu – JESTEM i to jest wystarczające i doskonałe same w sobie.
„Ja o tym czytam w Twoich opracowaniach, ale tego nie czuję. Emocje tak – zwłaszcza te negatywne potrafią mnie zalać, docisnąć. Te tak zwane pozytywne też są. Często wzruszenie, nawet do łez. Ale wydaje mi się to sztuczne. Nawet troska o syna – mam wrażenie, że robię to, bo „tak trzeba”, a nie dlatego, że naprawdę czuję wielką miłość do niego.”
Odpowiedź:
To dokładnie ta sama postawa, o której mówiliśmy wcześniej. Ciągłe wymaganie od siebie „więcej”, „mocniej”, „głębiej”, „lepiej”. Postawa „nie robię tyle, ile mogę / nie daję tyle, ile powinnam / nie czuję tyle, ile powinnam” – ani jako człowiek, ani jako matka, ani jako partnerka – prowadzi tylko do obwiniania siebie. Kierowanie winy do wewnątrz tworzy chroniczne niezadowolenie z siebie. To gotowy wzorzec, który pozwala Ci atakować samą siebie. A potem pojawia się wymówka: „bo nie jestem taka, bo nie czuję, bo nie rozumiem, bo nie daję”.
Nawet gdybyś w swoich oczach była „bardziej”, „głębiej”, „lepsza”, „wyższa” – przy tym wzorcu i tak byś sobie dokopywała. Taka postawa automatycznie rodzi nienawiść do siebie, żal do siebie, smutek wobec siebie. Wieczne niezadowolenie i nieustanne poszukiwanie czegoś, co „powinno się czuć, widzieć, robić”. To konkretne zaburzenie w działaniu.
To tworzy taki obraz: nie idę od przodu, drepcze w miejscu, bo nie wiem, nie umiem, nie jestem jakaś, nie widzę, nie czuję, jestem nie wystarczająca. To już wymówka, ale skąd zrodzona? Czy nie z porównania z jakimś wzorcem, archetypem, przedstawioną jakością cudzą lub świata?
Kiedy opowiadam swoją historię, jej celem jest zainspirować, pokazać możliwość – często jakość, ale możliwość jest tutaj kluczowa. Coś, co wcześniej nie było dostępne ani widoczne, nagle staje się realne – nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich. Każdy wyciąga z tego to, czego aktualnie potrzebuje, a zostawia to, co już głupie, stare i wymaga wymiany. Bo każdy z nas jest w innym punkcie swojej drogi. Twoje „kiedy czytam w Twoich opracowaniach” wyraźnie pokazuje zmuszanie siebie – pewien rodzaj gwałtu na własnej naturze: „muszę to zobaczyć”, „muszę to poczuć”. Dużo ambicji, ale czy cokolwiek wartościowego osiąga się w napięciu, przymusie i przyśpieszaniu?
Weźmy przykład Roberta Monroe i jego „Gateway Experience”. Przez dekady jego szkolenia z Hemi-Sync przyciągały tysiące ludzi. Czy wszyscy osiągali głębokie stany eksploracji duchowej? Absolutnie nie. Często połowa uczestników nic nie odczuwała i wracała do domu sfrustrowana. Wtedy wielu z nich odkrywało hipnozę ezoteryczną lub regresyjną – i nagle coś zaczynało się zmieniać. Czy dla każdego hipnoza była skuteczna? Też nie. Połowa osób nadal nic nie czuła i nic nie widziała. Część z nich poddawała się, oceniała siebie negatywnie i czuła się „niewystarczająca”. Ale natura ludzka jest taka, że większość szła dalej. Odkrywali grzyby, DMT, ayahuascę, transy bębnowe… Wielu dzięki temu zaczęło się naprawdę uczyć siebie. Dla innych nawet tak silne oddziaływanie na biologię nic nie poruszało.
I co się działo później? Nagle odpuszczali – i wszystko zaczynało się klarować. Coś się uruchamiało samo, w sposób nieoczekiwany i piękny. O czym to świadczy? O tym, że rozwój dzieje się małymi etapami, małymi krokami. Nigdy nie warto siebie oceniać. Jak mówił Rudolf Steiner: na wszystko, co mamy dzisiaj, zapracowaliśmy wczoraj. Skoro tak jest, to czy nie warto dzisiaj zrobić czegoś mądrzejszego, żeby jutro było lepsze? Oczywiście, że tak.
Dlatego zamiast porównywać się do archetypów i opracowań, lepiej im podziękować, zaczerpnąć z nich to, co nas naprawdę przyciąga, i powiedzieć sobie: „ja też mogę, ja też tam będę”. Pewnie w tej podróży wiele razy zboczymy z obranej drogi, zmienimy kierunek – bo prawdziwe odkrycie siebie wymaga własnego doświadczenia. I właśnie w tym doświadczeniu, a nie w przymusowym gonieniu za wzorcem, naprawdę się odnajdujemy.
„Bo jak można naprawdę czuć miłość do innego istnienia, jeśli nie czuje się jej najpierw w sobie i do siebie?”
Odpowiedź:
Tutaj wartościujesz miłość. Gdybyś nie miała wzorca, archetypu ani intelektualnego zrozumienia jakości i głębokości miłości – a także własnej drogi terapeutycznej, którą przechodzisz z psychologiem – wszystko byłoby na swoim miejscu. Wierzyłabyś po prostu w to, co jest, co czujesz, co widzisz, co odziedziczyłaś po przodkach oraz w to, czego nauczyła Cię społeczność i religia.
Tymczasem wyszłaś już z wielu krat. Czy to samo w sobie nie jest już powodem do świętowania?
Wiedzieć – więcej.
Widzieć – szerzej.
Czuć – bardziej.
Przez wszystko, co przeszłaś, przeczytałaś, przez pracę klasyczną i duchową – czy nie masz mimo wszystko więcej luzu? Mniej automatycznego, bezrefleksyjnego działania z postawą „bo tak trzeba”, „bo tak robiła moja matka, babka i przodkowie”?
Może ta miłość, którą masz wobec siebie, wcale nie jest tak mała, jak Ci się wydaje.
Kiedy porównujesz się do kogoś, wpadasz w starą pułapkę. Przez długi czas wielu poetów cierpiało na „syndrom Goethego” – przekonanie, że nigdy nie będą tacy jak on. Podobnie bywa z „Sercem Jezusowym” – nikt nigdy nie będzie kochał tak, jak On. To konkretne płaszczyzny oddziaływania na psyche.
Ale czy to, co już mamy, nie jest wystarczające – takie, jakie jest?
Dlaczego mamy myśleć inaczej?
Archetyp nie wymaga od nas gwałcenia siebie. Niski wizerunek własny i potrzeba rywalizacji mogą nas spalić – i właśnie wtedy wiemy, że nie jesteśmy na swoim miejscu.
Po lekturze Twoich tekstów wiem, że to, co kiedyś nazywałam miłością, nie było prawdziwe. Zresztą nawet tego już dawno nie ma. To, co najczęściej zostaje, to smutek. Nawet w rozmowach w trakcie terapii, kiedy schodzimy na uczucia, pod wszystkimi warstwami – nawet pod radością – gdzieś głęboko jest smutek.
Odpowiedź:
Bo u ciebie smutek jest mocno skojarzony z miłością. Smutek to żałoba, opłakiwanie tego, co odeszło, co było albo co się stało.
Kiedy przeżywam smutek, to co on mi daje?
Jaką historię sobie wtedy opowiadam?
Smutek nie jest miłością, bo miłość to życie. Smutek jest szary, zastojowy. Dobrze, gdy pojawia się po stracie – wtedy ma sens i swoje miejsce. Ale ma też swój termin ważności, bo jest jak płynąca rzeka. Kiedy zamienia się w jezioro, oznacza to, że czemuś nie pozwalamy odejść. Czegoś nie opłakaliśmy.
Tutaj dodam coś jeszcze. Moje teksty i opracowania nie mają być sztywnym wzorcem, do którego trzeba się dopasować ani batem, którym się siebie okłada. Mają być inspiracją – pięknym, żywym archetypem, ku któremu warto zmierzać. Różnica jest ogromna.
Kiedy traktujemy archetyp jako wzór do porównywania i oceniania siebie („nie czuję tyle, ile powinnam”, „nie jestem tak głęboka, jak powinnam”), wpadamy w pułapkę gonitwy za ideałem. Zaczynamy się mierzyć, krytykować, uznawać za „niewystarczającą”. W tym momencie rozwój się zatrzymuje. Zamiast rozkwitać, kurczymy się w poczuciu winy i niedoskonałości.
Prawdziwa inspiracja działa inaczej. Archetyp nie mówi: „masz być taka jak ja”. Mówi: „spójrz, to jest możliwe, to jest piękne – idź w swoim tempie, w swoim rytmie, ze swoim unikalnym smakiem”. Nie goni nas, tylko przyciąga. Nie ocenia, tylko pokazuje kierunek. Nie wymaga natychmiastowej perfekcji, tylko szczerego ruchu w stronę światła.
Dlatego zamiast pytać „dlaczego nie czuję wielkiej miłości jak w tym archetypie?”, „dlaczego nie rozumiem tego, co pisze i robi Nikodem”, lepiej zapytać: „Co w tym obrazie piękna porusza mnie najbardziej?”, „Co w tym opracowaniu zmieniło mnie najbardziej?”, „Co już we mnie żyje w podobnej jakości, tylko może jeszcze cicho i nieśmiało?”, „Jak mogę pozwolić temu rosnąć, zamiast zmuszać się do bycia od razu na końcu drogi?”.
Wejście w kontakt z Archetypem
Mamy sobie powiedzieć:
„Nie mam potrzeby naśladowania Jezusa i czucia tego, co On czuł.”
„Moja droga poety jest inna od podróży Goethego.”
„Wiedza i doświadczenie Nikodema mogą być ogromne, ale nie mam potrzeby ich naśladować ani do nich dorastać” lub „Moja droga nie musi być taką samą jak droga Nikodema.”
To, co najczęściej nam przeszkadza, to automatyczny mechanizm porównań społecznych (opisany przez Leona Festingera). To właśnie on każe nam nieświadomie mierzyć siebie z kimś, kto wydaje się większy, głębszy, bardziej zaawansowany – i natychmiast generuje poczucie niedoskonałości.
Widzimy to również w zachowaniu Carla Gustava Junga – jak bardzo, dla każdego, kto analizuje jego teksty, przeskoczył on Freuda. Podobnie było z Rudolfem Steinerem. Jak mówił śp. Jerzy Prokopiuk, była to krynica kreatywności, która dotykała wielu dziedzin życia w sposób wcześniej niespotykany.
Sam w swoich pracach i sesjach dotykam tematów najbardziej duchowych, a jednocześnie tak przyziemnych i bliskich nam wszystkim. Tworzy się jednak dysonans, ponieważ zgodnie z zasadą synchroniczności potrzeba wielu osób, które rozumieją, doświadczają, dotykają i czują, żeby nagle dla większej ilości ludzi stało się to wszystko naturalne, normalne i zwykłe.
Chodzi o to, że prawdziwe zrozumienie pojawia się dopiero wtedy, kiedy:
- Świadomie wyłączamy mechanizm porównań społecznych i przestajemy mierzyć się z danym człowiekiem czy archetypem.
- Rezygnujemy z autoagresji z powodu tego, że czegoś nie rozumiemy, nie widzimy lub nie czujemy.
- Czerpiemy tylko to, czego potrzebujemy w danym momencie.
- Akceptujemy, że dany temat, rzecz czy technika może opowiadać historię głębszą i pokazywać więcej perspektyw – a mimo to bierzemy wyłącznie to, co aktualnie jesteśmy w stanie zobaczyć, zrozumieć i odczuć.
I wszystko staje się wtedy na swoim miejscu. Nie musimy atakować archetypu, mechanizmu superego ani kogoś, kto wydaje nam się lepszy, doskonalszy czy bardziej sprawczy.
Nikodem Marszałek
lipiec, 2026 r
